
- osobowych
- dostawczych
- terenowych (4x4)
- sprzedaż
- montaż
- naprawa
- przechowalnia
Sklep Online: oponyfelgilodz.pl - nowe opony
Poczta elektroniczna:
opony@uzywaneopony.net
Danpol Łódź to firma świadcząca profesjonalne usługi w zakresie wymiany i
sprzedaży felg stalowych i aluminiowych oraz opon nowych i używanych do
samochodów osobowych, terenowych, dostawczych, motocykli zarówno dla
klientów indywidualnych jak i małych podmiotów gospodarczych oraz innych firm z
terenu województwa łódzkiego. Wykonujemy również wszelkie naprawy bieżące
(przeguby, półosie, klocki i szczęki hamulcowe, amortyzatory, sprężyny itp).
Oferujemy akcesoria do felg i opon (śruby do felg, pierścienie centrujące, nakrętki do felg,
zabezpieczenia kół, wentyle chromowane, dętki).
Nasza solidna fachowa i wyszkolona załoga służy pomocą doradczą a nowoczesne
maszyny i urządzenia wulkanizacyjne gwarantują profesjonalne i rzetelne
wykonanie usługi.
Serdecznie zapraszamy do naszej nowej strony internetowej gdzie mogą Państwo zapoznać się z proponowaną przez nas ofertą.
Serdecznie zapraszamy do współpracy!
więcej informacji na naszej oficjalnej stronie:
>> www.uzywaneopony.net <<
Шиномонтаж в Danpol легко и быстро. Наш шиномонтаж в Лодзи готов предложить Вам широкий спектр услуг по ремонту шин,правке штампованных дисков и балансировке колес и колесных дисков. Мы используем высокотехнологическое оборудование от производителей мирового класса, которое позволяет достичь высоких результатов при шиномонтаже и балансировке колес.
Предлагаем широкий спектр услуг по монтажу и демонтажу колёс, ремонту, балансировке, а так же переобувке.
Операции по демонтажу и последующей установке шин, их ремонт проводятся на ваших глазах и занимают считанные минуты, а накопленный за годы работы опыт наших сотрудников позволяет нам делать это не только быстро, но в первую очередь качественно и аккуратно, не нанося повреждений на покрытие диска.
Źrdło: https://www.money.pl/ | 7.11.2026 7:31
Źrdło: https://www.money.pl/ | 7.11.2026 7:08
Polska ma przemysł motoryzacyjny, który przez lata budował swoją pozycję w europejskich łańcuchach dostaw. Teraz potrzebuje warunków, by rozwijać także własne produkty i technologie. O tym, jak wykorzystać transformację branży, czego oczekiwać od ElectroMobility Poland i co po Kongresie Nowej Mobilności powinno wydarzyć się w praktyce, rozmawiamy z Maciejem Mazurem, dyrektorem zarządzającym Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności.
Materiał powstał we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Nowej Mobilności, organizatorem Kongresu Nowej Mobilności 2026, który odbył się 23–25 września w Katowicach.
Mateusz Żuchowski, redaktor naczelny V10.PL: Za nami siódma edycja Kongresu Nowej Mobilności. W Katowicach spotkało się ponad 9 tys. uczestników, a program obejmował 250 debat, warsztatów i wystąpień. Towarzyszyła im rozbudowana strefa wystawiennicza. Przy tak dużych wydarzeniach zawsze pojawia się pytanie o to, co zostaje po zakończeniu rozmów. Co konkretnego przyniósł KNM 2026 polskiej motoryzacji?
Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSNM: Jednym z najważniejszych efektów tej edycji jest prezentacja „Kompasu 2035” – branżowej strategii transformacji przemysłu motoryzacyjnego. To wspólna propozycja środowiska, która powinna stać się podstawą długofalowej polityki państwa wobec tego sektora. Sama publikacja dokumentu niczego jeszcze nie przesądza. Potrzebujemy wdrożenia, z określeniem odpowiedzialności, harmonogramu i finansowania.

Taki plan jest potrzebny wobec elektryfikacji i cyfryzacji motoryzacji, rosnącej konkurencji chińskich producentów oraz rywalizacji o nowe inwestycje, m.in. z Turcją i Marokiem. Dla naszych dostawców i poddostawców oznacza to bardzo konkretne pytanie: czy będą otrzymywać zamówienia również na kolejne generacje pojazdów? Wiele zależy od dostępu do energii po konkurencyjnej cenie i możliwości finansowania nowych produktów.
Musimy zadbać o rozwój sektora, który odegrał tak istotną rolę w latach 90. i pierwszej dekadzie XXI wieku. Projekt ElectroMobility Poland może w tym pomóc. Spółka otrzymała blisko 4,5 mld zł finansowania z Krajowego Planu Odbudowy. To daje realne możliwości, ale również nakłada obowiązek wykazania, co ta inwestycja przyniesie polskiej gospodarce.
Wraz z partnerami, m.in. Polską Grupą Motoryzacyjną, Stowarzyszeniem Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych oraz Katowicką Specjalną Strefą Ekonomiczną, przygotowaliśmy „Kompas 2035”. Wskazujemy w nim działania potrzebne do utrzymania produkcji w Polsce i rozwoju nowych kompetencji. Chodzi o to, aby polskie firmy mogły projektować komponenty, rozwijać oprogramowanie i zachowywać prawa do tworzonych rozwiązań.
Sukces EMP warto mierzyć także wartością zamówień dla krajowych dostawców i zakresem prac badawczo-rozwojowych prowadzonych w Polsce. Samochód może być produktem, wokół którego powstanie znacznie więcej kompetencji niż te potrzebne do jego montażu.

Podczas Kongresu wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski oraz minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek zapowiedzieli „Polski Kod Mobilności”. W tej inicjatywie widzę szansę na lepsze połączenie nauki z przemysłem. Potrzebujemy projektów, w których polscy inżynierowie i przedsiębiorcy będą wspólnie rozwijać rozwiązania nadające się do wdrożenia i sprzedaży. W kolejnych miesiącach będziemy zabiegać o przełożenie tej zapowiedzi na konkretne działania.
Chcemy przy tym wykorzystać dorobek zakładów pracujących dziś dla motoryzacji konwencjonalnej. Ich doświadczenie, kadry i relacje z odbiorcami mają ogromną wartość. Trzeba pomóc tym firmom zdobywać nowe zamówienia i stopniowo rozszerzać ofertę, zanim popyt na część dotychczasowych produktów zacznie wyraźnie maleć. Transformację należy przygotować tak, by pracownicy i przedsiębiorcy mieli czas się do niej dostosować.

Kongres Nowej Mobilności 2026

Kongres Nowej Mobilności 2026
Jak to, co dzieje się na Kongresie Nowej Mobilności, przekłada się na korzyści dla polskich użytkowników samochodów elektrycznych i krajowego przemysłu?
W ciągu dziesięciu lat współtworzyliśmy propozycje zmian prawnych i instrumentów wsparcia, które pomagają budować ten rynek. Uczestniczyliśmy m.in. w pracach nad ustawą o elektromobilności i paliwach alternatywnych oraz kolejnymi programami dopłat. KNM jest jednym z miejsc, w których administracja może skonfrontować założenia regulacji z doświadczeniem przedsiębiorców i użytkowników. Decyzje podejmują instytucje publiczne; naszą rolą jest dostarczać wiedzę i propozycje rozwiązań.
Skalę pokazuje pakiet programów dla zeroemisyjnego transportu ciężkiego, którego łączny budżet wynosi 6 mld zł. Obejmuje wsparcie zakupu lub leasingu ciężarówek, budowy stacji ładowania oraz rozwoju sieci elektroenergetycznych na ich potrzeby. Dla przewoźnika ma to znaczenie praktyczne: decyzja o zakupie pojazdu musi iść w parze z możliwością jego ładowania. Teraz trzeba zadbać, by te środki przekładały się na sprawnie realizowane inwestycje.
W 2025 r. podczas KNM podpisaliśmy porozumienie sektorowe z udziałem PTPiREE, GDDKiA i prezesa URE, dotyczące przyłączania stacji ładowania do sieci. Jego celem jest usprawnienie współpracy operatorów stacji ładowania z operatorami systemów dystrybucyjnych i skrócenie przygotowania inwestycji. O wartości tego porozumienia zdecydują teraz krótsze procedury i bardziej przewidywalne terminy przyłączeń.
Przed nami również kwestia kontynuacji wsparcia dla samochodów osobowych kategorii M1. Na tegorocznym KNM rozmawialiśmy o tym, jak powinno ono wyglądać po zakończeniu naboru w programie NaszEauto. Warto rozwijać także leasing społeczny, czyli rozwiązanie obniżające miesięczny koszt korzystania z samochodu elektrycznego dla osób o niższych dochodach. Francuskie doświadczenia są ważnym punktem odniesienia. W Polsce taki program powinien uwzględniać potrzeby osób dojeżdżających do pracy tam, gdzie transport publiczny nie zapewnia dobrej alternatywy.

Gdybyśmy cofnęli się o dziesięć lat, do początków stowarzyszenia, co pomyślałbyś, widząc dzisiejszy Kongres Nowej Mobilności?
W 2016 r. zastanawiałem się przede wszystkim, jak dojechać do 2017 r., a nie jak to wszystko będzie wyglądało w 2026 r. Trudno było wówczas zakładać, że po dziesięciu latach stowarzyszenie będzie zrzeszało około 300 członków i organizowało kongres dla wielu tysięcy osób.
Funkcjonowaliśmy w innej rzeczywistości. Elektromobilność była w Polsce tematem niszowym; trzeba było tłumaczyć podstawowe pojęcia i budować zainteresowanie tym rynkiem. Jednym z naszych pierwszych projektów było opracowanie hasła „elektromobilność” w Wikipedii. Później przyszedł etap tworzenia ram prawnych, w tym ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, która weszła w życie w 2018 r.
Wystarczy spojrzeć na europejskie rejestracje, żeby zobaczyć skalę zmiany. Według ACEA od stycznia do września 2026 r. samochody całkowicie elektryczne miały 22,7 proc. udziału w rejestracjach nowych aut osobowych w UE. Hybrydy bez możliwości ładowania z zewnętrznego źródła odpowiadały za 36,3 proc., samochody benzynowe za 21,2 proc., a diesle za 7,1 proc. W takim podziale BEV są już drugą najczęściej wybieraną kategorią napędu.
To duża zmiana w ciągu kilku lat. Z perspektywy przemysłu liczy się to, że nowe modele i związane z nimi zamówienia są planowane z wieloletnim wyprzedzeniem. Zakłady, które chcą je otrzymać, muszą już dziś rozwijać potrzebne kompetencje. Wynik jednego miesiąca może się zmienić; przygotowanie fabryki do nowej generacji produktów wymaga znacznie więcej czasu.

Elektryczne modele Mazdy na Kongresie Nowej Mobilności 2026

Pemiery Grupy Volkswagen na Kongresie Nowej Mobilności 2026
Kongres Nowej Mobilności rozwinął się w niesamowitym tempie, ale prowadzi to też do pewnych nieporozumień. Ciągle spotykam się z wyobrażeniem, że to po prostu „targi samochodów na prąd”. Kto przyjechał z takim nastawieniem do Katowic na tegoroczną edycję, mógł być zaskoczony.
Premiery samochodów są ważną częścią Kongresu, ale jego program jest znacznie szerszy. W tej formule mieszczą się zarówno elektryczne łodzie i samoloty, jak i transport autonomiczny. Zależy nam na tym, by spotykali się tu ludzie, którzy patrzą na mobilność z różnych perspektyw i mogą wspólnie tworzyć nowe rozwiązania.
Najprostsze wyjaśnienie brzmi: mobilność zaczyna się, kiedy wychodzimy z domu. Obejmuje dojście do przystanku, przejazd tramwajem, rowerem czy samochodem. Po jednej z poprzednich edycji ktoś zarzucił nam niekonsekwencję, ponieważ obok samochodów znalazła się debata o pieszych. Dla mnie to naturalne połączenie. O jakości przemieszczania się decyduje przecież także to, czy można bezpiecznie przejść przez ulicę i wygodnie przesiąść się do innego środka transportu.

Największą wartością jest właśnie interdyscyplinarność. Architekt może przyjechać na Urban Stage lub Design Stage i trafić na dyskusję o infrastrukturze ładowania, która zmieni sposób projektowania przez niego budynków. Inżynier z firmy motoryzacyjnej może poznać partnera z sektora energetycznego. Takie kontakty mogą prowadzić do wspólnych projektów i nowych zamówień. Chcemy stwarzać warunki, żeby powstawało ich w Polsce więcej.

W tym roku wyraźniej pojawił się również temat bezpieczeństwa energetycznego. Czy elektromobilność zaczyna być postrzegana jako element odporności państwa?
Tak, ponieważ pozwala stopniowo ograniczać zapotrzebowanie na importowaną ropę i zastępować ją energią elektryczną wytwarzaną w kraju. To ma znaczenie dla bilansu handlowego i odporności na kryzysy paliwowe. Nie oznacza automatycznej niezależności: potrzebujemy odpornych sieci i zróżnicowanych dostaw surowców oraz komponentów. Właśnie dlatego rozwój transportu trzeba planować razem z energetyką i polityką przemysłową.
Rośnie także znaczenie technologii podwójnego zastosowania, czyli wykorzystywanych zarówno cywilnie, jak i w obronności. Dotyczy to m.in. magazynowania energii, elektroniki i systemów autonomicznych. Dla firm motoryzacyjnych może to oznaczać dodatkowe rynki i lepsze wykorzystanie kompetencji. Takie projekty trzeba rozwijać z uwzględnieniem specyfiki i wymagań odbiorców wojskowych.
Gdy spotykaliśmy się na pierwszej edycji KNM w Lublinie, dominowali entuzjaści i pionierzy tego rynku. Dziś rozmowa dotyczy inwestycji, konkurencyjności przemysłu i bezpieczeństwa. Tempo elektryfikacji będzie się różniło pomiędzy rynkami i segmentami transportu. Dla Polski istotne jest to, czy potrafimy wykorzystać ten proces do rozwoju własnych firm i technologii.

Na koniec zderzmy te ambicje z sytuacją na rynku. Po trzech kwartałach 2026 r. rejestracje nowych elektrycznych aut osobowych w Polsce spadły o 5,5 proc. rok do roku, a we wrześniu – o blisko 22 proc. Czy to nie podważa skuteczności działań PSNM?
Spadki rejestracji są poważnym sygnałem i nie ma sensu ich pomniejszać. Sukces PSNM trzeba oceniać przez warunki rozwoju rynku i efekty dla przedsiębiorców oraz użytkowników. Skala Kongresu sama w sobie nie jest odpowiedzią na słabe wyniki rejestracji. Polski rynek jest zbyt mały w stosunku do potencjału gospodarki i musimy jasno mówić o przyczynach tego stanu.
Dużym problemem pozostaje brak ciągłości wsparcia. Nabór w programie NaszEauto zakończył się 30 kwietnia 2026 r. Taki rytm utrudnia planowanie zakupów, a firmom – inwestycji. Dopłaty mogą przyspieszyć rozwój rynku, lecz trzeba też obniżać koszty ładowania, ułatwiać instalację ładowarek w budynkach wielorodzinnych i zapewnić przewidywalne zasady podatkowe. Kierowca musi widzieć sens ekonomiczny wyboru auta elektrycznego.
KNM ma pomagać przekładać te potrzeby na działania. Do wspólnej rozmowy zapraszamy administrację, samorządy i przedsiębiorców, którzy mają wpływ na usuwanie tych barier. Później trzeba sprawdzać, czy rekomendacje przynoszą efekty: krótsze terminy przyłączeń, niższe koszty użytkowania i nowe inwestycje. To są miary, do których powinniśmy wracać po każdej edycji.
Musimy też myśleć o przemyśle. Polska ma zakłady, dostawców i ludzi, na których można oprzeć rozwój nowych produktów. Potrzebujemy warunków, żeby więcej projektów technologicznych powstawało tutaj i żeby polskie firmy mogły je sprzedawać na wielu rynkach. Projekt EMP powinien być jednym z narzędzi takiej polityki, a jej skuteczność oceniajmy m.in. po nowych zamówieniach i kompetencjach, które pozostają w kraju.
Chciałbym, żeby za kilka lat po tej pracy zostały konkretne polskie produkty, które zdobywają klientów w Europie: komponenty, systemy zarządzania energią czy oprogramowanie dla pojazdów. Mamy ludzi, którzy potrafią je tworzyć. Ambicją powinno być zbudowanie firm, które będą się dzięki temu rozwijać i finansować kolejne własne pomysły.
Źrdło: https://v10.pl/ | 6.11.2026 21:55
Polska ma przemysł motoryzacyjny, który przez lata budował swoją pozycję w europejskich łańcuchach dostaw. Teraz potrzebuje warunków, by rozwijać także własne produkty i technologie. O tym, jak wykorzystać transformację branży, czego oczekiwać od ElectroMobility Poland i co po Kongresie Nowej Mobilności powinno wydarzyć się w praktyce, rozmawiamy z Maciejem Mazurem, dyrektorem zarządzającym Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności.
Materiał powstał we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Nowej Mobilności, organizatorem Kongresu Nowej Mobilności 2026, który odbył się 23–25 września w Katowicach.
Mateusz Żuchowski, redaktor naczelny V10.PL: Za nami siódma edycja Kongresu Nowej Mobilności. W Katowicach spotkało się ponad 9 tys. uczestników, a program obejmował 250 debat, warsztatów i wystąpień. Towarzyszyła im rozbudowana strefa wystawiennicza. Przy tak dużych wydarzeniach zawsze pojawia się pytanie o to, co zostaje po zakończeniu rozmów. Co konkretnego przyniósł KNM 2026 polskiej motoryzacji?
Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSNM: Jednym z najważniejszych efektów tej edycji jest prezentacja „Kompasu 2035” – branżowej strategii transformacji przemysłu motoryzacyjnego. To wspólna propozycja środowiska, która powinna stać się podstawą długofalowej polityki państwa wobec tego sektora. Sama publikacja dokumentu niczego jeszcze nie przesądza. Potrzebujemy wdrożenia, z określeniem odpowiedzialności, harmonogramu i finansowania.

Taki plan jest potrzebny wobec elektryfikacji i cyfryzacji motoryzacji, rosnącej konkurencji chińskich producentów oraz rywalizacji o nowe inwestycje, m.in. z Turcją i Marokiem. Dla naszych dostawców i poddostawców oznacza to bardzo konkretne pytanie: czy będą otrzymywać zamówienia również na kolejne generacje pojazdów? Wiele zależy od dostępu do energii po konkurencyjnej cenie i możliwości finansowania nowych produktów.
Musimy zadbać o rozwój sektora, który odegrał tak istotną rolę w latach 90. i pierwszej dekadzie XXI wieku. Projekt ElectroMobility Poland może w tym pomóc. Spółka otrzymała blisko 4,5 mld zł finansowania z Krajowego Planu Odbudowy. To daje realne możliwości, ale również nakłada obowiązek wykazania, co ta inwestycja przyniesie polskiej gospodarce.
Wraz z partnerami, m.in. Polską Grupą Motoryzacyjną, Stowarzyszeniem Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych oraz Katowicką Specjalną Strefą Ekonomiczną, przygotowaliśmy „Kompas 2035”. Wskazujemy w nim działania potrzebne do utrzymania produkcji w Polsce i rozwoju nowych kompetencji. Chodzi o to, aby polskie firmy mogły projektować komponenty, rozwijać oprogramowanie i zachowywać prawa do tworzonych rozwiązań.
Sukces EMP warto mierzyć także wartością zamówień dla krajowych dostawców i zakresem prac badawczo-rozwojowych prowadzonych w Polsce. Samochód może być produktem, wokół którego powstanie znacznie więcej kompetencji niż te potrzebne do jego montażu.

Podczas Kongresu wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski oraz minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek zapowiedzieli „Polski Kod Mobilności”. W tej inicjatywie widzę szansę na lepsze połączenie nauki z przemysłem. Potrzebujemy projektów, w których polscy inżynierowie i przedsiębiorcy będą wspólnie rozwijać rozwiązania nadające się do wdrożenia i sprzedaży. W kolejnych miesiącach będziemy zabiegać o przełożenie tej zapowiedzi na konkretne działania.
Chcemy przy tym wykorzystać dorobek zakładów pracujących dziś dla motoryzacji konwencjonalnej. Ich doświadczenie, kadry i relacje z odbiorcami mają ogromną wartość. Trzeba pomóc tym firmom zdobywać nowe zamówienia i stopniowo rozszerzać ofertę, zanim popyt na część dotychczasowych produktów zacznie wyraźnie maleć. Transformację należy przygotować tak, by pracownicy i przedsiębiorcy mieli czas się do niej dostosować.

Kongres Nowej Mobilności 2026

Kongres Nowej Mobilności 2026
Jak to, co dzieje się na Kongresie Nowej Mobilności, przekłada się na korzyści dla polskich użytkowników samochodów elektrycznych i krajowego przemysłu?
W ciągu dziesięciu lat współtworzyliśmy propozycje zmian prawnych i instrumentów wsparcia, które pomagają budować ten rynek. Uczestniczyliśmy m.in. w pracach nad ustawą o elektromobilności i paliwach alternatywnych oraz kolejnymi programami dopłat. KNM jest jednym z miejsc, w których administracja może skonfrontować założenia regulacji z doświadczeniem przedsiębiorców i użytkowników. Decyzje podejmują instytucje publiczne; naszą rolą jest dostarczać wiedzę i propozycje rozwiązań.
Skalę pokazuje pakiet programów dla zeroemisyjnego transportu ciężkiego, którego łączny budżet wynosi 6 mld zł. Obejmuje wsparcie zakupu lub leasingu ciężarówek, budowy stacji ładowania oraz rozwoju sieci elektroenergetycznych na ich potrzeby. Dla przewoźnika ma to znaczenie praktyczne: decyzja o zakupie pojazdu musi iść w parze z możliwością jego ładowania. Teraz trzeba zadbać, by te środki przekładały się na sprawnie realizowane inwestycje.
W 2025 r. podczas KNM podpisaliśmy porozumienie sektorowe z udziałem PTPiREE, GDDKiA i prezesa URE, dotyczące przyłączania stacji ładowania do sieci. Jego celem jest usprawnienie współpracy operatorów stacji ładowania z operatorami systemów dystrybucyjnych i skrócenie przygotowania inwestycji. O wartości tego porozumienia zdecydują teraz krótsze procedury i bardziej przewidywalne terminy przyłączeń.
Przed nami również kwestia kontynuacji wsparcia dla samochodów osobowych kategorii M1. Na tegorocznym KNM rozmawialiśmy o tym, jak powinno ono wyglądać po zakończeniu naboru w programie NaszEauto. Warto rozwijać także leasing społeczny, czyli rozwiązanie obniżające miesięczny koszt korzystania z samochodu elektrycznego dla osób o niższych dochodach. Francuskie doświadczenia są ważnym punktem odniesienia. W Polsce taki program powinien uwzględniać potrzeby osób dojeżdżających do pracy tam, gdzie transport publiczny nie zapewnia dobrej alternatywy.

Gdybyśmy cofnęli się o dziesięć lat, do początków stowarzyszenia, co pomyślałbyś, widząc dzisiejszy Kongres Nowej Mobilności?
W 2016 r. zastanawiałem się przede wszystkim, jak dojechać do 2017 r., a nie jak to wszystko będzie wyglądało w 2026 r. Trudno było wówczas zakładać, że po dziesięciu latach stowarzyszenie będzie zrzeszało około 300 członków i organizowało kongres dla wielu tysięcy osób.
Funkcjonowaliśmy w innej rzeczywistości. Elektromobilność była w Polsce tematem niszowym; trzeba było tłumaczyć podstawowe pojęcia i budować zainteresowanie tym rynkiem. Jednym z naszych pierwszych projektów było opracowanie hasła „elektromobilność” w Wikipedii. Później przyszedł etap tworzenia ram prawnych, w tym ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, która weszła w życie w 2018 r.
Wystarczy spojrzeć na europejskie rejestracje, żeby zobaczyć skalę zmiany. Według ACEA od stycznia do września 2026 r. samochody całkowicie elektryczne miały 22,7 proc. udziału w rejestracjach nowych aut osobowych w UE. Hybrydy bez możliwości ładowania z zewnętrznego źródła odpowiadały za 36,3 proc., samochody benzynowe za 21,2 proc., a diesle za 7,1 proc. W takim podziale BEV są już drugą najczęściej wybieraną kategorią napędu.
To duża zmiana w ciągu kilku lat. Z perspektywy przemysłu liczy się to, że nowe modele i związane z nimi zamówienia są planowane z wieloletnim wyprzedzeniem. Zakłady, które chcą je otrzymać, muszą już dziś rozwijać potrzebne kompetencje. Wynik jednego miesiąca może się zmienić; przygotowanie fabryki do nowej generacji produktów wymaga znacznie więcej czasu.

Elektryczne modele Mazdy na Kongresie Nowej Mobilności 2026

Pemiery Grupy Volkswagen na Kongresie Nowej Mobilności 2026
Kongres Nowej Mobilności rozwinął się w niesamowitym tempie, ale prowadzi to też do pewnych nieporozumień. Ciągle spotykam się z wyobrażeniem, że to po prostu „targi samochodów na prąd”. Kto przyjechał z takim nastawieniem do Katowic na tegoroczną edycję, mógł być zaskoczony.
Premiery samochodów są ważną częścią Kongresu, ale jego program jest znacznie szerszy. W tej formule mieszczą się zarówno elektryczne łodzie i samoloty, jak i transport autonomiczny. Zależy nam na tym, by spotykali się tu ludzie, którzy patrzą na mobilność z różnych perspektyw i mogą wspólnie tworzyć nowe rozwiązania.
Najprostsze wyjaśnienie brzmi: mobilność zaczyna się, kiedy wychodzimy z domu. Obejmuje dojście do przystanku, przejazd tramwajem, rowerem czy samochodem. Po jednej z poprzednich edycji ktoś zarzucił nam niekonsekwencję, ponieważ obok samochodów znalazła się debata o pieszych. Dla mnie to naturalne połączenie. O jakości przemieszczania się decyduje przecież także to, czy można bezpiecznie przejść przez ulicę i wygodnie przesiąść się do innego środka transportu.

Największą wartością jest właśnie interdyscyplinarność. Architekt może przyjechać na Urban Stage lub Design Stage i trafić na dyskusję o infrastrukturze ładowania, która zmieni sposób projektowania przez niego budynków. Inżynier z firmy motoryzacyjnej może poznać partnera z sektora energetycznego. Takie kontakty mogą prowadzić do wspólnych projektów i nowych zamówień. Chcemy stwarzać warunki, żeby powstawało ich w Polsce więcej.

W tym roku wyraźniej pojawił się również temat bezpieczeństwa energetycznego. Czy elektromobilność zaczyna być postrzegana jako element odporności państwa?
Tak, ponieważ pozwala stopniowo ograniczać zapotrzebowanie na importowaną ropę i zastępować ją energią elektryczną wytwarzaną w kraju. To ma znaczenie dla bilansu handlowego i odporności na kryzysy paliwowe. Nie oznacza automatycznej niezależności: potrzebujemy odpornych sieci i zróżnicowanych dostaw surowców oraz komponentów. Właśnie dlatego rozwój transportu trzeba planować razem z energetyką i polityką przemysłową.
Rośnie także znaczenie technologii podwójnego zastosowania, czyli wykorzystywanych zarówno cywilnie, jak i w obronności. Dotyczy to m.in. magazynowania energii, elektroniki i systemów autonomicznych. Dla firm motoryzacyjnych może to oznaczać dodatkowe rynki i lepsze wykorzystanie kompetencji. Takie projekty trzeba rozwijać z uwzględnieniem specyfiki i wymagań odbiorców wojskowych.
Gdy spotykaliśmy się na pierwszej edycji KNM w Lublinie, dominowali entuzjaści i pionierzy tego rynku. Dziś rozmowa dotyczy inwestycji, konkurencyjności przemysłu i bezpieczeństwa. Tempo elektryfikacji będzie się różniło pomiędzy rynkami i segmentami transportu. Dla Polski istotne jest to, czy potrafimy wykorzystać ten proces do rozwoju własnych firm i technologii.

Na koniec zderzmy te ambicje z sytuacją na rynku. Po trzech kwartałach 2026 r. rejestracje nowych elektrycznych aut osobowych w Polsce spadły o 5,5 proc. rok do roku, a we wrześniu – o blisko 22 proc. Czy to nie podważa skuteczności działań PSNM?
Spadki rejestracji są poważnym sygnałem i nie ma sensu ich pomniejszać. Sukces PSNM trzeba oceniać przez warunki rozwoju rynku i efekty dla przedsiębiorców oraz użytkowników. Skala Kongresu sama w sobie nie jest odpowiedzią na słabe wyniki rejestracji. Polski rynek jest zbyt mały w stosunku do potencjału gospodarki i musimy jasno mówić o przyczynach tego stanu.
Dużym problemem pozostaje brak ciągłości wsparcia. Nabór w programie NaszEauto zakończył się 30 kwietnia 2026 r. Taki rytm utrudnia planowanie zakupów, a firmom – inwestycji. Dopłaty mogą przyspieszyć rozwój rynku, lecz trzeba też obniżać koszty ładowania, ułatwiać instalację ładowarek w budynkach wielorodzinnych i zapewnić przewidywalne zasady podatkowe. Kierowca musi widzieć sens ekonomiczny wyboru auta elektrycznego.
KNM ma pomagać przekładać te potrzeby na działania. Do wspólnej rozmowy zapraszamy administrację, samorządy i przedsiębiorców, którzy mają wpływ na usuwanie tych barier. Później trzeba sprawdzać, czy rekomendacje przynoszą efekty: krótsze terminy przyłączeń, niższe koszty użytkowania i nowe inwestycje. To są miary, do których powinniśmy wracać po każdej edycji.
Musimy też myśleć o przemyśle. Polska ma zakłady, dostawców i ludzi, na których można oprzeć rozwój nowych produktów. Potrzebujemy warunków, żeby więcej projektów technologicznych powstawało tutaj i żeby polskie firmy mogły je sprzedawać na wielu rynkach. Projekt EMP powinien być jednym z narzędzi takiej polityki, a jej skuteczność oceniajmy m.in. po nowych zamówieniach i kompetencjach, które pozostają w kraju.
Chciałbym, żeby za kilka lat po tej pracy zostały konkretne polskie produkty, które zdobywają klientów w Europie: komponenty, systemy zarządzania energią czy oprogramowanie dla pojazdów. Mamy ludzi, którzy potrafią je tworzyć. Ambicją powinno być zbudowanie firm, które będą się dzięki temu rozwijać i finansować kolejne własne pomysły.
Źrdło: https://v10.pl/ | 6.11.2026 21:55
Źrdło: https://www.money.pl/ | 6.11.2026 20:50
Źrdło: https://www.money.pl/ | 6.11.2026 19:53
Źrdło: https://www.money.pl/ | 6.11.2026 18:13
Tankowanie samochodu z instalacją LPG może wkrótce kosztować znacznie więcej. Najnowsza prognoza cen paliw na 9–15 listopada 2026 r. przewiduje wzrost cen autogazu do 4,19–4,31 zł za litr. Tymczasem benzyna i olej napędowy mają tanieć. Dla milionów kierowców, którzy wybrali LPG właśnie ze względu na oszczędności, to wyjątkowo niekorzystna wiadomość.
Kierowcy korzystający z autogazu przyzwyczaili się, że na stacjach płacą wyraźnie mniej niż właściciele samochodów tankowanych benzyną czy olejem napędowym. Ta przewaga nadal istnieje, ale w ostatnich tygodniach zaczęła się kurczyć.
Według prognozy analityków e-petrol.pl na okres od 9 do 15 listopada 2026 r. litr LPG ma kosztować od 4,19 do 4,31 zł. To znacznie więcej niż średnia ogólnopolska z 4 listopada, która wynosiła 3,79 zł za litr.
Jeżeli przewidywania się sprawdzą, kierowcy zapłacą za autogaz nawet o 52 grosze więcej na litrze w porównaniu z ostatnim notowaniem. Przy tankowaniu 40 litrów oznacza to rachunek wyższy o maksymalnie 20,80 zł.
Co istotne, nie chodzi już tylko o pojedyncze drogie stacje. Prognozowany przedział sugeruje, że ceny przekraczające 4 zł mogą stać się powszechnym widokiem na pylonach.

LPG w cenie 3,22 za litr wkrótce pozostanie już tylko pięknym wspomnieniem
Sytuacja na rynku paliw jest nietypowa. Podczas gdy właściciele samochodów benzynowych i wysokoprężnych mogą liczyć na obniżki, użytkownicy instalacji gazowych muszą przygotować się na kolejny wzrost wydatków.
Najnowsze prognozy e-petrol.pl na 9–15 listopada przedstawiają się następująco:
Różnice są szczególnie widoczne w przypadku benzyny 95. Jeszcze 4 listopada jej średnia cena wynosiła 6,37 zł za litr, a teraz prognozowane są stawki zaczynające się poniżej 6 zł.
W przypadku LPG kierunek zmian jest dokładnie odwrotny.

Jedna z największych sieci stacji paliw w Polsce przeszła w ręce zagranicznych inwestorów. Moya, która w ostatnich latach potroiła liczbę swoich placówek, ma nowych właścicieli. Transakcja została już sfinalizowana, a…
Jednym z najważniejszych powodów podwyżek jest gwałtowny wzrost hurtowych cen autogazu. Wyższe koszty zakupu paliwa przez stacje stopniowo przekładają się na ceny, które kierowcy widzą przy dystrybutorach.
Znaczenie ma również sposób regulowania cen paliw w Polsce.
LPG nie zostało objęte rządowym programem „Ceny Paliwa Niżej”, który przewiduje maksymalne ceny detaliczne benzyny i oleju napędowego. Oznacza to, że autogaz nie korzysta z analogicznego mechanizmu ograniczającego ceny na stacjach.
Nie oznacza to jednak, że sam brak limitu powoduje podwyżki. Bezpośrednim czynnikiem pozostaje sytuacja na rynku hurtowym, a brak regulacji sprawia, że wzrost kosztów może być przenoszony na kierowców bez takiego ograniczenia jak w przypadku benzyny i diesla.

Wkrótce tankujący gaz poczują się jak użytkownicy samochodów na benzynę lub olej napędowy, patrząc na podwyżki cen
Wzrost ceny o kilkadziesiąt groszy na litrze może wydawać się niewielki. Wystarczy jednak przeliczyć go na pełny zbiornik, aby zobaczyć skalę zmian.
Przy cenie 3,79 zł za litr zatankowanie 40 litrów LPG kosztuje 151,60 zł.
Jeśli cena wzrośnie do 4,31 zł, za identyczną ilość paliwa trzeba będzie zapłacić już 172,40 zł.
To różnica 20,80 zł na jednym tankowaniu. Kierowca, który zużywa miesięcznie 160 litrów LPG, przy takiej zmianie ceny wyda o 83,20 zł więcej.
Dla osób regularnie pokonujących długie trasy, dojeżdżających do pracy czy wykorzystujących samochód zawodowo dodatkowy koszt może być jeszcze większy.




Mimo niekorzystnych prognoz nie oznacza to końca opłacalności instalacji gazowych. LPG nadal pozostaje znacznie tańsze od benzyny w przeliczeniu na litr. Trzeba jednak pamiętać, że samochód zasilany gazem zazwyczaj zużywa go więcej niż benzyny.
Przykładowo, jeśli auto spala 8 l benzyny na 100 km, a po przełączeniu na gaz zużywa 10 l LPG, koszty wyglądają następująco:
W takim scenariuszu oszczędność wynosi zaledwie 6,10 zł na 100 km, bez uwzględnienia benzyny zużywanej podczas rozruchu i dodatkowych kosztów eksploatacji instalacji.
To pokazuje, jak mocno może zmniejszyć się finansowa przewaga autogazu. Ostateczna opłacalność zależy jednak od konkretnego samochodu, spalania obu paliw i cen na lokalnych stacjach.

Na polskiej autostradzie A1 ustanowiono nowy rekord mocy ładowania samochodu elektrycznego. Denza Z9 GT osiągnęła aż 563,8 kW, a uzupełnienie energii w akumulatorze od 11 do 81 proc. zajęło zaledwie…
Prognoza na 9–15 listopada wskazuje na bardzo wyraźny wzrost cen, ale nie przesądza o dalszym przebiegu sytuacji. Dużo zależy od kolejnych zmian stawek hurtowych oraz tego, jak szybko stacje będą aktualizować swoje cenniki.
Kierowcy powinni więc przygotować się na możliwość tankowania LPG powyżej 4 zł za litr. Nie oznacza to jednak, że każda stacja od razu podniesie cenę do 4,31 zł.
Jedno jest pewne: listopad może okazać się szczególnie kosztowny dla właścicieli samochodów z instalacją gazową. Autogaz wciąż pozwala oszczędzać, ale jego przewaga nad benzyną jest dziś wyraźnie mniejsza niż jeszcze kilka tygodni temu.
Źrdło: https://v10.pl/ | 6.11.2026 15:13
Tankowanie samochodu z instalacją LPG może wkrótce kosztować znacznie więcej. Najnowsza prognoza cen paliw na 9–15 listopada 2026 r. przewiduje wzrost cen autogazu do 4,19–4,31 zł za litr. Tymczasem benzyna i olej napędowy mają tanieć. Dla milionów kierowców, którzy wybrali LPG właśnie ze względu na oszczędności, to wyjątkowo niekorzystna wiadomość.
Kierowcy korzystający z autogazu przyzwyczaili się, że na stacjach płacą wyraźnie mniej niż właściciele samochodów tankowanych benzyną czy olejem napędowym. Ta przewaga nadal istnieje, ale w ostatnich tygodniach zaczęła się kurczyć.
Według prognozy analityków e-petrol.pl na okres od 9 do 15 listopada 2026 r. litr LPG ma kosztować od 4,19 do 4,31 zł. To znacznie więcej niż średnia ogólnopolska z 4 listopada, która wynosiła 3,79 zł za litr.
Jeżeli przewidywania się sprawdzą, kierowcy zapłacą za autogaz nawet o 52 grosze więcej na litrze w porównaniu z ostatnim notowaniem. Przy tankowaniu 40 litrów oznacza to rachunek wyższy o maksymalnie 20,80 zł.
Co istotne, nie chodzi już tylko o pojedyncze drogie stacje. Prognozowany przedział sugeruje, że ceny przekraczające 4 zł mogą stać się powszechnym widokiem na pylonach.

LPG w cenie 3,22 za litr wkrótce pozostanie już tylko pięknym wspomnieniem
Sytuacja na rynku paliw jest nietypowa. Podczas gdy właściciele samochodów benzynowych i wysokoprężnych mogą liczyć na obniżki, użytkownicy instalacji gazowych muszą przygotować się na kolejny wzrost wydatków.
Najnowsze prognozy e-petrol.pl na 9–15 listopada przedstawiają się następująco:
Różnice są szczególnie widoczne w przypadku benzyny 95. Jeszcze 4 listopada jej średnia cena wynosiła 6,37 zł za litr, a teraz prognozowane są stawki zaczynające się poniżej 6 zł.
W przypadku LPG kierunek zmian jest dokładnie odwrotny.

Jedna z największych sieci stacji paliw w Polsce przeszła w ręce zagranicznych inwestorów. Moya, która w ostatnich latach potroiła liczbę swoich placówek, ma nowych właścicieli. Transakcja została już sfinalizowana, a…
Jednym z najważniejszych powodów podwyżek jest gwałtowny wzrost hurtowych cen autogazu. Wyższe koszty zakupu paliwa przez stacje stopniowo przekładają się na ceny, które kierowcy widzą przy dystrybutorach.
Znaczenie ma również sposób regulowania cen paliw w Polsce.
LPG nie zostało objęte rządowym programem „Ceny Paliwa Niżej”, który przewiduje maksymalne ceny detaliczne benzyny i oleju napędowego. Oznacza to, że autogaz nie korzysta z analogicznego mechanizmu ograniczającego ceny na stacjach.
Nie oznacza to jednak, że sam brak limitu powoduje podwyżki. Bezpośrednim czynnikiem pozostaje sytuacja na rynku hurtowym, a brak regulacji sprawia, że wzrost kosztów może być przenoszony na kierowców bez takiego ograniczenia jak w przypadku benzyny i diesla.

Wkrótce tankujący gaz poczują się jak użytkownicy samochodów na benzynę lub olej napędowy, patrząc na podwyżki cen
Wzrost ceny o kilkadziesiąt groszy na litrze może wydawać się niewielki. Wystarczy jednak przeliczyć go na pełny zbiornik, aby zobaczyć skalę zmian.
Przy cenie 3,79 zł za litr zatankowanie 40 litrów LPG kosztuje 151,60 zł.
Jeśli cena wzrośnie do 4,31 zł, za identyczną ilość paliwa trzeba będzie zapłacić już 172,40 zł.
To różnica 20,80 zł na jednym tankowaniu. Kierowca, który zużywa miesięcznie 160 litrów LPG, przy takiej zmianie ceny wyda o 83,20 zł więcej.
Dla osób regularnie pokonujących długie trasy, dojeżdżających do pracy czy wykorzystujących samochód zawodowo dodatkowy koszt może być jeszcze większy.




Mimo niekorzystnych prognoz nie oznacza to końca opłacalności instalacji gazowych. LPG nadal pozostaje znacznie tańsze od benzyny w przeliczeniu na litr. Trzeba jednak pamiętać, że samochód zasilany gazem zazwyczaj zużywa go więcej niż benzyny.
Przykładowo, jeśli auto spala 8 l benzyny na 100 km, a po przełączeniu na gaz zużywa 10 l LPG, koszty wyglądają następująco:
W takim scenariuszu oszczędność wynosi zaledwie 6,10 zł na 100 km, bez uwzględnienia benzyny zużywanej podczas rozruchu i dodatkowych kosztów eksploatacji instalacji.
To pokazuje, jak mocno może zmniejszyć się finansowa przewaga autogazu. Ostateczna opłacalność zależy jednak od konkretnego samochodu, spalania obu paliw i cen na lokalnych stacjach.

Na polskiej autostradzie A1 ustanowiono nowy rekord mocy ładowania samochodu elektrycznego. Denza Z9 GT osiągnęła aż 563,8 kW, a uzupełnienie energii w akumulatorze od 11 do 81 proc. zajęło zaledwie…
Prognoza na 9–15 listopada wskazuje na bardzo wyraźny wzrost cen, ale nie przesądza o dalszym przebiegu sytuacji. Dużo zależy od kolejnych zmian stawek hurtowych oraz tego, jak szybko stacje będą aktualizować swoje cenniki.
Kierowcy powinni więc przygotować się na możliwość tankowania LPG powyżej 4 zł za litr. Nie oznacza to jednak, że każda stacja od razu podniesie cenę do 4,31 zł.
Jedno jest pewne: listopad może okazać się szczególnie kosztowny dla właścicieli samochodów z instalacją gazową. Autogaz wciąż pozwala oszczędzać, ale jego przewaga nad benzyną jest dziś wyraźnie mniejsza niż jeszcze kilka tygodni temu.
Źrdło: https://v10.pl/ | 6.11.2026 15:13
Samochody benzynowe i diesle mogą pozostać w europejskich salonach także po 2035 roku. Parlament Europejski zrobił kolejny krok w stronę złagodzenia przepisów, które miały praktycznie wyeliminować sprzedaż nowych aut spalinowych. Jest już konkretna propozycja, wyniki głosowania i termin następnej decyzji. Dla kierowców to ważna wiadomość, ale do ostatecznego rozstrzygnięcia jeszcze daleko.
Unia Europejska coraz wyraźniej zmienia podejście do przyszłości samochodów spalinowych. Jeszcze niedawno wydawało się, że od 2035 roku europejskie salony będą oferować przede wszystkim samochody elektryczne i inne pojazdy bezemisyjne. Teraz coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, w którym obok elektryków nadal będzie można kupić nowe hybrydy, a nawet samochody z tradycyjnymi silnikami spalinowymi.
Przełomowe dla dalszych prac okazało się głosowanie z 4 listopada 2026 roku. Komisja Ochrony Środowiska Parlamentu Europejskiego poparła złagodzenie norm emisji CO2 dla nowych samochodów. Za zmianami opowiedziało się 48 europosłów, 30 było przeciw, a dwóch wstrzymało się od głosu.
To kolejny sygnał, że dotychczasowy plan może zostać istotnie zmodyfikowany.

Na polskiej autostradzie A1 ustanowiono nowy rekord mocy ładowania samochodu elektrycznego. Denza Z9 GT osiągnęła aż 563,8 kW, a uzupełnienie energii w akumulatorze od 11 do 81 proc. zajęło zaledwie…
Obecnie obowiązujące unijne przepisy zakładają, że od 2035 roku średnia emisja CO2 nowych samochodów osobowych i lekkich pojazdów dostawczych ma zostać ograniczona o 100 proc. względem poziomu z 2021 roku.
W praktyce oznacza to konieczność osiągnięcia zerowej emisji CO2 z układu napędowego w ramach nowych rejestracji objętych normami. Dlatego regulacje powszechnie określa się jako zakaz sprzedaży nowych samochodów spalinowych, choć formalnie chodzi o wymagania emisyjne dla producentów.
Nowa propozycja popierana przez trzy główne frakcje Parlamentu Europejskiego zakłada znacznie większą elastyczność. Zamiast całkowitej redukcji emisji pojawia się cel na poziomie 95 proc., przy czym część wymaganej redukcji mogłaby zostać rozliczona dzięki wykorzystaniu niskoemisyjnej stali produkowanej w Europie.
W praktyce oznaczałoby to możliwość pozostawienia na rynku pewnej liczby samochodów wyposażonych w silniki spalinowe.
Nie byłby to jednak powrót do sytuacji sprzed wprowadzenia unijnych limitów. Producenci nadal musieliby mocno ograniczać średnią emisję swoich nowych samochodów, a modele elektryczne pozostałyby kluczowym elementem ich oferty.

Zarówno elektryczne, jak i spalinowe modele zostaną w sprzedaży i użyciu? Wiele na to wskazuje
Jeżeli proponowane zmiany zostaną ostatecznie przyjęte, po 2035 roku w europejskich salonach nadal mogłoby znaleźć się miejsce dla kilku rodzajów napędów.
Ważne jest jednak jedno: nowe przepisy nie gwarantowałyby, że każdy producent będzie sprzedawał wszystkie rodzaje napędów. Ostateczna oferta zależałaby od strategii koncernów i możliwości spełnienia norm emisyjnych.
Zmiany nie dotyczą wyłącznie samochodów spalinowych. Europosłowie chcą również zwiększyć atrakcyjność produkowania niewielkich, oszczędnych elektryków na terenie Unii Europejskiej.
W propozycji znalazł się mechanizm dodatkowego premiowania takich pojazdów podczas obliczania średniej emisji producenta.
Mały samochód elektryczny wyprodukowany w UE, o długości nieprzekraczającej 4,2 metra, mógłby być liczony jako 1,4 pojazdu. Z kolei wyjątkowo energooszczędny elektryk spełniający określone wymagania mógłby otrzymać mnożnik 1,2.
Jeszcze korzystniejsze zasady przewidziano dla aut rejestrowanych w ramach programów leasingu socjalnego.
Dlaczego to istotne? Producenci zyskaliby dodatkową motywację do wprowadzania na rynek mniejszych i potencjalnie tańszych samochodów elektrycznych. Jednocześnie łatwiej byłoby im równoważyć emisję modeli spalinowych.
To rozwiązanie pokazuje, że Unia nie zamierza rezygnować z elektromobilności. Zamiast opierać transformację wyłącznie na zakazach, chce również stosować zachęty dla europejskiego przemysłu.

Elektromobilność zmienia naszą rzeczywistość na więcej sposobów niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Kształtuje nie tylko motoryzację, ale całe nasze miasta. Prowadzi do pytań, które jeszcze niedawno wydawały się abstrakcyjne,…
Z perspektywy kierowców najważniejsze jest to, że proponowane przepisy nie oznaczają przymusowej przesiadki do samochodu elektrycznego.
Co więcej, nawet gdyby obecne regulacje pozostały bez zmian, właściciele samochodów benzynowych i diesli nie musieliby pozbywać się swoich pojazdów w 2035 roku.
Unijne normy dotyczą bowiem nowych samochodów wprowadzanych na rynek, a nie zakazu użytkowania już zarejestrowanych aut. Nie oznaczają też automatycznego końca handlu samochodami używanymi.
Jeśli jednak Unia ostatecznie złagodzi wymagania, kierowcy zyskają szansę na większy wybór napędów również po 2035 roku.
Nie wiadomo natomiast, czy przełoży się to na niższe ceny samochodów. Te zależą od znacznie większej liczby czynników, w tym kosztów produkcji, cen akumulatorów, konkurencji i polityki poszczególnych producentów.

Czy to, jakie pojazdy uświadczymy na polskich drogach ulegnie wkrótce zmianie? Czas pokaże…
Proponowane złagodzenie przepisów ma dotyczyć również lekkich samochodów dostawczych, co może mieć szczególne znaczenie dla przedsiębiorców.
Według stanowiska przyjętego przez komisję europosłowie chcą ograniczyć wymagany poziom redukcji emisji CO2 w tym segmencie do 35 proc. w 2030 roku i 80 proc. w 2035 roku.
To wyraźne odejście od obecnego celu całkowitej redukcji emisji w 2035 roku.
Dla firm korzystających z samochodów dostawczych oznaczałoby to większą swobodę wyboru napędu, szczególnie tam, gdzie przejście na flotę elektryczną jest utrudnione przez zasięg pojazdów, dostępność ładowarek lub charakter wykonywanej pracy.

Z taśm produkcyjnych zakładu Volkswagen Poznań w Antoninku zaczęły zjeżdżać pierwsze egzemplarze odświeżonego modelu VW Caddy. Najpopularniejszy kombivan w Europie przeszedł solidny lifting wizualny oraz technologiczny. Co kluczowe dla polskiej…
Mimo korzystnego dla zwolenników silników spalinowych wyniku głosowania sprawa nie jest jeszcze przesądzona.
W grudniu 2026 roku Parlament Europejski ma głosować nad mandatem do negocjacji z państwami członkowskimi. Dopiero dalsze uzgodnienia pozwolą ustalić ostateczny kształt przepisów.
Co istotne, Komisja Europejska już w grudniu 2025 roku zaproponowała złagodzenie celu na 2035 rok do 90 proc. redukcji emisji z układu napędowego, z mechanizmem kompensowania pozostałych emisji. Parlament pracuje jednak nad innym wariantem, dlatego szczegóły mogą jeszcze ulec zmianie.
Jedno jest pewne: dyskusja o przyszłości samochodów spalinowych w Europie weszła w nową fazę. Coraz więcej wskazuje na to, że po 2035 roku na rynku może pozostać miejsce nie tylko dla elektryków, ale również dla samochodów wykorzystujących silniki spalinowe.
Dla kierowców oznacza to przede wszystkim nadzieję na zachowanie większego wyboru. Na ogłoszenie końca unijnych ograniczeń jest jednak zdecydowanie za wcześnie.
Źrdło: https://v10.pl/ | 6.11.2026 12:38
Samochody benzynowe i diesle mogą pozostać w europejskich salonach także po 2035 roku. Parlament Europejski zrobił kolejny krok w stronę złagodzenia przepisów, które miały praktycznie wyeliminować sprzedaż nowych aut spalinowych. Jest już konkretna propozycja, wyniki głosowania i termin następnej decyzji. Dla kierowców to ważna wiadomość, ale do ostatecznego rozstrzygnięcia jeszcze daleko.
Unia Europejska coraz wyraźniej zmienia podejście do przyszłości samochodów spalinowych. Jeszcze niedawno wydawało się, że od 2035 roku europejskie salony będą oferować przede wszystkim samochody elektryczne i inne pojazdy bezemisyjne. Teraz coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, w którym obok elektryków nadal będzie można kupić nowe hybrydy, a nawet samochody z tradycyjnymi silnikami spalinowymi.
Przełomowe dla dalszych prac okazało się głosowanie z 4 listopada 2026 roku. Komisja Ochrony Środowiska Parlamentu Europejskiego poparła złagodzenie norm emisji CO2 dla nowych samochodów. Za zmianami opowiedziało się 48 europosłów, 30 było przeciw, a dwóch wstrzymało się od głosu.
To kolejny sygnał, że dotychczasowy plan może zostać istotnie zmodyfikowany.

Na polskiej autostradzie A1 ustanowiono nowy rekord mocy ładowania samochodu elektrycznego. Denza Z9 GT osiągnęła aż 563,8 kW, a uzupełnienie energii w akumulatorze od 11 do 81 proc. zajęło zaledwie…
Obecnie obowiązujące unijne przepisy zakładają, że od 2035 roku średnia emisja CO2 nowych samochodów osobowych i lekkich pojazdów dostawczych ma zostać ograniczona o 100 proc. względem poziomu z 2021 roku.
W praktyce oznacza to konieczność osiągnięcia zerowej emisji CO2 z układu napędowego w ramach nowych rejestracji objętych normami. Dlatego regulacje powszechnie określa się jako zakaz sprzedaży nowych samochodów spalinowych, choć formalnie chodzi o wymagania emisyjne dla producentów.
Nowa propozycja popierana przez trzy główne frakcje Parlamentu Europejskiego zakłada znacznie większą elastyczność. Zamiast całkowitej redukcji emisji pojawia się cel na poziomie 95 proc., przy czym część wymaganej redukcji mogłaby zostać rozliczona dzięki wykorzystaniu niskoemisyjnej stali produkowanej w Europie.
W praktyce oznaczałoby to możliwość pozostawienia na rynku pewnej liczby samochodów wyposażonych w silniki spalinowe.
Nie byłby to jednak powrót do sytuacji sprzed wprowadzenia unijnych limitów. Producenci nadal musieliby mocno ograniczać średnią emisję swoich nowych samochodów, a modele elektryczne pozostałyby kluczowym elementem ich oferty.

Zarówno elektryczne, jak i spalinowe modele zostaną w sprzedaży i użyciu? Wiele na to wskazuje
Jeżeli proponowane zmiany zostaną ostatecznie przyjęte, po 2035 roku w europejskich salonach nadal mogłoby znaleźć się miejsce dla kilku rodzajów napędów.
Ważne jest jednak jedno: nowe przepisy nie gwarantowałyby, że każdy producent będzie sprzedawał wszystkie rodzaje napędów. Ostateczna oferta zależałaby od strategii koncernów i możliwości spełnienia norm emisyjnych.
Zmiany nie dotyczą wyłącznie samochodów spalinowych. Europosłowie chcą również zwiększyć atrakcyjność produkowania niewielkich, oszczędnych elektryków na terenie Unii Europejskiej.
W propozycji znalazł się mechanizm dodatkowego premiowania takich pojazdów podczas obliczania średniej emisji producenta.
Mały samochód elektryczny wyprodukowany w UE, o długości nieprzekraczającej 4,2 metra, mógłby być liczony jako 1,4 pojazdu. Z kolei wyjątkowo energooszczędny elektryk spełniający określone wymagania mógłby otrzymać mnożnik 1,2.
Jeszcze korzystniejsze zasady przewidziano dla aut rejestrowanych w ramach programów leasingu socjalnego.
Dlaczego to istotne? Producenci zyskaliby dodatkową motywację do wprowadzania na rynek mniejszych i potencjalnie tańszych samochodów elektrycznych. Jednocześnie łatwiej byłoby im równoważyć emisję modeli spalinowych.
To rozwiązanie pokazuje, że Unia nie zamierza rezygnować z elektromobilności. Zamiast opierać transformację wyłącznie na zakazach, chce również stosować zachęty dla europejskiego przemysłu.

Elektromobilność zmienia naszą rzeczywistość na więcej sposobów niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Kształtuje nie tylko motoryzację, ale całe nasze miasta. Prowadzi do pytań, które jeszcze niedawno wydawały się abstrakcyjne,…
Z perspektywy kierowców najważniejsze jest to, że proponowane przepisy nie oznaczają przymusowej przesiadki do samochodu elektrycznego.
Co więcej, nawet gdyby obecne regulacje pozostały bez zmian, właściciele samochodów benzynowych i diesli nie musieliby pozbywać się swoich pojazdów w 2035 roku.
Unijne normy dotyczą bowiem nowych samochodów wprowadzanych na rynek, a nie zakazu użytkowania już zarejestrowanych aut. Nie oznaczają też automatycznego końca handlu samochodami używanymi.
Jeśli jednak Unia ostatecznie złagodzi wymagania, kierowcy zyskają szansę na większy wybór napędów również po 2035 roku.
Nie wiadomo natomiast, czy przełoży się to na niższe ceny samochodów. Te zależą od znacznie większej liczby czynników, w tym kosztów produkcji, cen akumulatorów, konkurencji i polityki poszczególnych producentów.

Czy to, jakie pojazdy uświadczymy na polskich drogach ulegnie wkrótce zmianie? Czas pokaże…
Proponowane złagodzenie przepisów ma dotyczyć również lekkich samochodów dostawczych, co może mieć szczególne znaczenie dla przedsiębiorców.
Według stanowiska przyjętego przez komisję europosłowie chcą ograniczyć wymagany poziom redukcji emisji CO2 w tym segmencie do 35 proc. w 2030 roku i 80 proc. w 2035 roku.
To wyraźne odejście od obecnego celu całkowitej redukcji emisji w 2035 roku.
Dla firm korzystających z samochodów dostawczych oznaczałoby to większą swobodę wyboru napędu, szczególnie tam, gdzie przejście na flotę elektryczną jest utrudnione przez zasięg pojazdów, dostępność ładowarek lub charakter wykonywanej pracy.

Z taśm produkcyjnych zakładu Volkswagen Poznań w Antoninku zaczęły zjeżdżać pierwsze egzemplarze odświeżonego modelu VW Caddy. Najpopularniejszy kombivan w Europie przeszedł solidny lifting wizualny oraz technologiczny. Co kluczowe dla polskiej…
Mimo korzystnego dla zwolenników silników spalinowych wyniku głosowania sprawa nie jest jeszcze przesądzona.
W grudniu 2026 roku Parlament Europejski ma głosować nad mandatem do negocjacji z państwami członkowskimi. Dopiero dalsze uzgodnienia pozwolą ustalić ostateczny kształt przepisów.
Co istotne, Komisja Europejska już w grudniu 2025 roku zaproponowała złagodzenie celu na 2035 rok do 90 proc. redukcji emisji z układu napędowego, z mechanizmem kompensowania pozostałych emisji. Parlament pracuje jednak nad innym wariantem, dlatego szczegóły mogą jeszcze ulec zmianie.
Jedno jest pewne: dyskusja o przyszłości samochodów spalinowych w Europie weszła w nową fazę. Coraz więcej wskazuje na to, że po 2035 roku na rynku może pozostać miejsce nie tylko dla elektryków, ale również dla samochodów wykorzystujących silniki spalinowe.
Dla kierowców oznacza to przede wszystkim nadzieję na zachowanie większego wyboru. Na ogłoszenie końca unijnych ograniczeń jest jednak zdecydowanie za wcześnie.
Źrdło: https://v10.pl/ | 6.11.2026 12:38
Jedna z największych sieci stacji paliw w Polsce przeszła w ręce zagranicznych inwestorów. Moya, która w ostatnich latach potroiła liczbę swoich placówek, ma nowych właścicieli. Transakcja została już sfinalizowana, a plany na przyszłość są ambitne. Co to oznacza dla kierowców tankujących na stacjach z charakterystycznym niebiesko-czerwonym logo?
Na polskim rynku paliw doszło do dużej zmiany właścicielskiej. 3 listopada 2026 roku zakończono transakcję przejęcia spółki Anwim, do której należy sieć stacji paliw Moya. Nowymi właścicielami zostały międzynarodowe firmy inwestycyjne Stonepeak oraz Energy Equation Partners.
Przejęcie obejmuje 100 proc. akcji Anwimu. Kwoty, jaką inwestorzy zapłacili za spółkę, nie podano do publicznej wiadomości. Wiadomo natomiast, że w grę wchodzi jeden z największych niezależnych operatorów na polskim rynku paliw.

Stacja paliw MOYA
Skala rozwoju sieci Moya robi wrażenie. W 2018 roku, gdy w Anwim zainwestował fundusz zarządzany przez Enterprise Investors, pod tym szyldem działało około 180 stacji paliw. Dziś jest ich ponad 550.
Oznacza to, że w ciągu ośmiu lat sieć zwiększyła liczbę swoich placówek ponad trzykrotnie. Pod względem liczby stacji Moya zajmuje obecnie trzecie miejsce w Polsce, ustępując jedynie Orlenowi i bp.
Właśnie ta skala działalności, w połączeniu z dalszym potencjałem rozwoju, przyciągnęła nowych inwestorów.
Co istotne, Anwim nie zajmuje się wyłącznie sprzedażą benzyny, oleju napędowego czy LPG na stacjach. Firma działa również w imporcie i hurtowej dystrybucji paliw, obsługuje klientów flotowych i rozwija infrastrukturę ładowania samochodów elektrycznych.

Stacja paliw MOYA
Za przejęciem Anwimu stoją Stonepeak i Energy Equation Partners. Pierwsza z firm jest globalnym inwestorem infrastrukturalnym, zarządzającym aktywami o wartości około 98 mld dolarów. Druga specjalizuje się w inwestycjach w sektorze energetycznym.
Obie firmy mają już doświadczenie w europejskiej branży paliwowej. Są zaangażowane w rozwój sieci JET, działającej między innymi w Niemczech i Austrii.
Dla Anwimu oznacza to nie tylko zmianę akcjonariuszy, lecz także dostęp do kapitału i doświadczenia inwestorów prowadzących projekty na międzynarodową skalę.
Nowi właściciele nie ukrywają, że chcą dalej rozwijać działalność spółki. Ich ambicje wykraczają jednak poza tradycyjne stacje paliw.

Stacja paliw MOYA
Z punktu widzenia klientów najważniejsza wiadomość jest taka, że zmiana właściciela nie oznacza likwidacji marki Moya ani zapowiedzianej rewolucji na stacjach paliw.
Zgodnie z oficjalnym komunikatem Anwim będzie kontynuował dotychczasową działalność. Bez zmian pozostanie również zarząd spółki, a obowiązujące zasady współpracy z franczyzobiorcami, klientami, dostawcami i partnerami biznesowymi mają zostać utrzymane.
Nie zapowiedziano także zmian w sposobie obsługi kierowców.
Czy przejęcie wpłynie na ceny paliw? Na razie nie ma podstaw, by wiązać transakcję z podwyżkami lub obniżkami cen na stacjach Moya. Nowi właściciele nie przedstawili takich planów, a ceny przy dystrybutorach nadal będą zależeć przede wszystkim od sytuacji na rynku paliw i polityki handlowej operatora.

Stacja paliw MOYA
Przejęcie Anwimu wpisuje się w szersze zmiany zachodzące na rynku motoryzacyjnym i energetycznym. Stacje paliw coraz częściej stają się miejscami oferującymi nie tylko benzynę czy olej napędowy, ale również usługi związane z elektromobilnością i obsługą firm.
Anwim zamierza kontynuować rozbudowę sieci Moya, a jednocześnie rozwijać markę Moya Energia, odpowiedzialną za infrastrukturę ładowania pojazdów elektrycznych.
W planach jest także rozszerzanie usług dla przedsiębiorców, w tym oferty kart flotowych Moya Firma w Polsce oraz TFC na rynkach europejskich.
Nowi inwestorzy widzą więc w Anwimie coś więcej niż operatora stacji paliw. Chcą rozwijać spółkę jako przedsiębiorstwo działające w różnych obszarach rynku energii i mobilności.
Dla kierowców na razie oznacza to przede wszystkim jedno: Moya pozostaje na rynku pod dotychczasową marką, a nowi właściciele zapowiadają dalszą ekspansję sieci. Dopiero kolejne miesiące pokażą, jak szybko te plany przełożą się na nowe stacje, ładowarki i usługi dostępne dla klientów.
Źrdło: https://v10.pl/ | 6.11.2026 10:57
Jedna z największych sieci stacji paliw w Polsce przeszła w ręce zagranicznych inwestorów. Moya, która w ostatnich latach potroiła liczbę swoich placówek, ma nowych właścicieli. Transakcja została już sfinalizowana, a plany na przyszłość są ambitne. Co to oznacza dla kierowców tankujących na stacjach z charakterystycznym niebiesko-czerwonym logo?
Na polskim rynku paliw doszło do dużej zmiany właścicielskiej. 3 listopada 2026 roku zakończono transakcję przejęcia spółki Anwim, do której należy sieć stacji paliw Moya. Nowymi właścicielami zostały międzynarodowe firmy inwestycyjne Stonepeak oraz Energy Equation Partners.
Przejęcie obejmuje 100 proc. akcji Anwimu. Kwoty, jaką inwestorzy zapłacili za spółkę, nie podano do publicznej wiadomości. Wiadomo natomiast, że w grę wchodzi jeden z największych niezależnych operatorów na polskim rynku paliw.

Stacja paliw MOYA
Skala rozwoju sieci Moya robi wrażenie. W 2018 roku, gdy w Anwim zainwestował fundusz zarządzany przez Enterprise Investors, pod tym szyldem działało około 180 stacji paliw. Dziś jest ich ponad 550.
Oznacza to, że w ciągu ośmiu lat sieć zwiększyła liczbę swoich placówek ponad trzykrotnie. Pod względem liczby stacji Moya zajmuje obecnie trzecie miejsce w Polsce, ustępując jedynie Orlenowi i bp.
Właśnie ta skala działalności, w połączeniu z dalszym potencjałem rozwoju, przyciągnęła nowych inwestorów.
Co istotne, Anwim nie zajmuje się wyłącznie sprzedażą benzyny, oleju napędowego czy LPG na stacjach. Firma działa również w imporcie i hurtowej dystrybucji paliw, obsługuje klientów flotowych i rozwija infrastrukturę ładowania samochodów elektrycznych.

Stacja paliw MOYA
Za przejęciem Anwimu stoją Stonepeak i Energy Equation Partners. Pierwsza z firm jest globalnym inwestorem infrastrukturalnym, zarządzającym aktywami o wartości około 98 mld dolarów. Druga specjalizuje się w inwestycjach w sektorze energetycznym.
Obie firmy mają już doświadczenie w europejskiej branży paliwowej. Są zaangażowane w rozwój sieci JET, działającej między innymi w Niemczech i Austrii.
Dla Anwimu oznacza to nie tylko zmianę akcjonariuszy, lecz także dostęp do kapitału i doświadczenia inwestorów prowadzących projekty na międzynarodową skalę.
Nowi właściciele nie ukrywają, że chcą dalej rozwijać działalność spółki. Ich ambicje wykraczają jednak poza tradycyjne stacje paliw.

Stacja paliw MOYA
Z punktu widzenia klientów najważniejsza wiadomość jest taka, że zmiana właściciela nie oznacza likwidacji marki Moya ani zapowiedzianej rewolucji na stacjach paliw.
Zgodnie z oficjalnym komunikatem Anwim będzie kontynuował dotychczasową działalność. Bez zmian pozostanie również zarząd spółki, a obowiązujące zasady współpracy z franczyzobiorcami, klientami, dostawcami i partnerami biznesowymi mają zostać utrzymane.
Nie zapowiedziano także zmian w sposobie obsługi kierowców.
Czy przejęcie wpłynie na ceny paliw? Na razie nie ma podstaw, by wiązać transakcję z podwyżkami lub obniżkami cen na stacjach Moya. Nowi właściciele nie przedstawili takich planów, a ceny przy dystrybutorach nadal będą zależeć przede wszystkim od sytuacji na rynku paliw i polityki handlowej operatora.

Stacja paliw MOYA
Przejęcie Anwimu wpisuje się w szersze zmiany zachodzące na rynku motoryzacyjnym i energetycznym. Stacje paliw coraz częściej stają się miejscami oferującymi nie tylko benzynę czy olej napędowy, ale również usługi związane z elektromobilnością i obsługą firm.
Anwim zamierza kontynuować rozbudowę sieci Moya, a jednocześnie rozwijać markę Moya Energia, odpowiedzialną za infrastrukturę ładowania pojazdów elektrycznych.
W planach jest także rozszerzanie usług dla przedsiębiorców, w tym oferty kart flotowych Moya Firma w Polsce oraz TFC na rynkach europejskich.
Nowi inwestorzy widzą więc w Anwimie coś więcej niż operatora stacji paliw. Chcą rozwijać spółkę jako przedsiębiorstwo działające w różnych obszarach rynku energii i mobilności.
Dla kierowców na razie oznacza to przede wszystkim jedno: Moya pozostaje na rynku pod dotychczasową marką, a nowi właściciele zapowiadają dalszą ekspansję sieci. Dopiero kolejne miesiące pokażą, jak szybko te plany przełożą się na nowe stacje, ładowarki i usługi dostępne dla klientów.
Źrdło: https://v10.pl/ | 6.11.2026 10:57
Jeśli czytacie o premierze nowego europejskiego samochodu, to pewnie spodziewacie się elektrycznego napędu. I macie rację: nowa, ósma już generacja serii 3 – niezmiennie kluczowego modelu w gamie BMW – wystąpi w kilku wersjach na prąd, ale nie dostanie diesla. Zachowa jednak kilka silników benzynowych, z których jeden przywrócił moją wiarę w cały niemiecki przemysł motoryzacyjny.
Należę do pokolenia, które wychowywało się w prostych czasach: dla nas gama modeli BMW oznaczała po prostu serie 3, 5 i 7 oraz jakiś jeden model sportowy w ramach „szaleństwa” projektantów. Z tym większym uznaniem obserwuję, jak dziś to właśnie ta sama seria 3 pozostaje numerem 1 sprzedaży w gamie, która w międzyczasie rozrosła się już oficjalnie do ponad 40 pozycji.
Obchodząca w zeszłym roku pięćdziesięciolecie seria 3 to filar sukcesu i całego istnienia BMW również w Polsce. Jej sukces wykracza daleko poza samą markę: zwróćcie uwagę, że to właśnie ten model (z wydatną pomocą liczącego raty leasingowe działu finansowego) nieomal w pojedynkę doprowadził do wymarcia Volkswagena Passata, Opla Insiginii, Forda Mondeo i im podobnych – i zaprowadził BMW na sensacyjne czwarte miejsce w klasyfikacji najlepiej sprzedających się marek w Polsce. Niemiecki gigant premium ustępuje tylko Toyocie, Volkswagenowi i Skodzie, ale za to znajduje już więcej nabywców niż Kia, Mercedes, Audi, Hyundai czy Dacia.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Tym większe zaskoczenie może stanowić więc fakt, jak bardzo odważna i zrywająca z tym, do czego przyzwyczbmaiły nas ostatnie generacje pokroju F20 i G20, jest nowa seria 3. To już kolejny po iX3, nowym X5 i serii 7 LCI model, który zyskał całkowitą metamorfozę zgodną z zasadami Neue Klasse. Do końca 2027 r. podobny wygląd zewnętrzny oraz rewolucyjną aranżację wnętrza zyskają już praktycznie wszystkie modele BMW… Lepiej więc, żeby to były dobre zmiany.
Jak widać po wprowadzanym już od ponad roku planie, Neue Klasse nie dotyczy wyłącznie modeli elektrycznych. Pierwotnie może tak nawet miało być, ale w Monachium ktoś w porę się zorientował, że nie ma co stawiać wszystkiego na elektryki i zarzucać rozwoju wersji napędowych, które rzeczywiście się sprzedają.

BMW i3 50 (2026) oraz BMW M350 (2026) – porównanie wersji elektrycznej i spalinowej

BMW i3 50 (2026) oraz BMW M350 (2026) – porównanie wersji elektrycznej i spalinowej
Jeden to spalinowe 3, które stanowi naturalną kontynuację tego, co znamy już od przeszło pół wieku. Jego stosowane w murach fabryki wewnętrzne określenie G50 oraz rozstaw osi 2860 mm zdradzają, że jest to ewolucja dobrze już znanej i sprawdzonej poprzedniej generacji modelu.
Drugi to elektryczne i3, które jest całkowicie nową, zbudowaną od podstaw oddzielną konstrukcją o typoszeregu NA0, z którą nie wymienisz prawie żadnej części ze spalinowym odpowiednikiem. Nawet nadwozia: dopiero, gdy się przyjrzeć na żywo, to widać, że spalinowa i elektryczna 3 różnią się wymiarami i proporcjami nadwozia. Dotyczy to także kół: w wersji spalinowej dostępne będą wzory obręczy o średnicy od 18 do 20 cali, a dla i3 od 19 do 21 cali.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Pełne różnice w wymiarach pomiędzy nową serią 3, elektrycznym i3 a poprzednikiem przedstawiają się następująco:
| Wymiar | Nowa seria 3 spalinowa G50 | Nowe elektryczne i3 NA0 | Schodząca seria 3 G20 |
|---|---|---|---|
| Długość | 4765 | 4760 | 4713 |
| Szerokość bez lusterek | 1850 | 1865 | 1827 |
| Wysokość | 1455 | 1480 | 1440 |
| Rozstaw osi | 2860 | 2897 | 2851 |
| Rozstaw kół z przodu | 1597 | 1606 | 1573 |
| Rozstaw kół z tyłu | 1617 | 1614 | 1588 |
Z matematyki niechybnie wynika, że i3 ma trochę więcej miejsca w środku, niemniej BMW 3 niezmiennie jest sedanem, który można wybrać za wiele rzeczy, ale przestronność kabiny nie jest jedną z nich. Pod tym względem ani nie rozczarowuje, ani nie zachwyca. Bagażnik też po prostu jest: ze względu na konieczność pomieszczenia gdzieś wszystkich ogniw akumulatora w elektryku on jest trochę mniejszy (420 l kontra 450 l w wersji spalinowej), ale strata ta jest nadrabiania przez dający dokładnie tyle samo miejsca schowek na kable pod maską.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Powyższe liczby dowodzą również, że nowa benzynowa seria 3 nie jest po prostu liftingiem poprzednika. Towarzyszący mi podczas testu inżynierzy z Monachium przestrzegają mnie przed takim myśleniem, wskazując na nową architekturę elektroniczną sięgającą multimediów i komputerowo sterowanego modelu prowadzenia, czy w końcu gamę nowych jednostek benzynowych.
Już na start mamy takie trzy. Dwie pierwsze dalej celują również w polskie floty i policyjną grupę Speed: są to bazujące na czterocylindrowym 2 l zwyczajnie zapowiadające się 318 i 320 o mocach kolejno 156 i 211 KM. Na końcu ich oznaczeń nie ma już literki „i” – nie trzeba ich już wszak odróżniać od diesli, bo tych… nie ma! Producent będzie zapewne przekonywał, że przy tej wydajności napędów benzynowych już ich nie potrzeba: dzięki wykorzystaniu systemu miękkiej hybrydy 48V oraz (skądinąd zaskakującego mnie) przejścia z tradycyjnego cyklu spalania mieszanki Otto na cykl Millera średnie zużycie w obydwu przypadkach ma obracać się w okolicach 6,5 – 7,5 l/100 km.

Ostatni wariant to M350 xDrive. Choć to również oficjalnie hybryda o cyklu spalania, który do tej pory kojarzyliśmy co najwyżej ze starych Mazd i małych modeli Grupy VW, to już po pierwszych metrach za kierownicą staje się jasne, że w pierwszej kolejności jest to trzylitrowa, rzędowa szóstka o typowo bawarskim charakterze. Dzięki wsparciu elektrycznej części napędu i nowym wkładom do turbosprężarek twin-scroll generuje ona aż o 69 KM więcej niż dotychczas – na cztery koła przekazuje łącznie 449 KM i 580 Nm.
Co ciekawe, ma teraz bliskiego rywala w postaci BMW i3 50 xDrive. Pod tą nazwą kryje się wariant elektryczny, który przy znacząco niższej cenie oferuje jeszcze wyższą moc (469 KM). Ze względu na naturalnie większą wagę jest nieco wolniejszy w sprincie do 100 km/h (4,7 s, czyli o 0,6 s), ale, co ciekawe, ten jeden raz w historii to właśnie elektryk dysponuje większym zasięgiem niż wersja spalinowa – nawet do 912 km za sprawą dużego akumulatora 108,7 kWh i świetnej ekonomiki (zużycie 13,4 – 18 kWh/100 km).
Jest też niżej pozycjonowana wersja i3 40 xDrive z mocą skręconą do 374 KM i zasięgiem 565 – 710 km. Nawet jeśli przy autostradowych przejazdach w środku zimy miałoby się to skurczyć do 400 km (a przecież zostaje ogromna moc ładowania do 300 kW, z której można korzystać już w wielu miejscach w Polsce), to może właśnie w tej wersji tak naprawdę już można szukać zastępstwa za 320d, którego tak nam będzie brakowało?

Wiem, że wiele z tego co czytacie w tym tekście może wydawać się dziwne i rewolucyjny wygląd nowej serii 3 też nie pomaga – nowe BMW wyglądają jak kolejny element tej zmieniającej się wokół nas rzeczywistości, która jest coraz trudniejsza do dogonienia i zrozumienia.
Ale muszę Was pocieszyć, że – przynajmniej w przypadku BMW – te innowacje działają. Egzemplarz M350, do którego dostałem kluczyki, tym głębokim, czerwonym lakierze i południowym świetle Prowansji, miał coś w sobie z Alfy Romeo Giulii. To taki bardzo zamaskowany sposób przyznania się, że mi się podobał. Tył może trochę mniej, ale ogólnie – to kawał solidnego designu.

Jeszcze bardziej można docenić go w środku. Wprowadzona po raz pierwszy w iX3 aranżacja deski rozdzielczej Neue Klasse w pierwszym kontakcie wymaga przyzwyczajenia, ale działa genialnie.
Kopnięty w stronę kierowcy ekrany centralny (taki „hołd” dla nieodżałowanego E46) o przekątnej aż 17,9 cali jest ustawiony w optymalnym dla prawej ręki miejscu, oferuje dostęp do mnóstwa opcji we (względnie) prosty sposób i działa praktycznie bez żadnego czasu reakcji. Rozciągający się tymczasem pod szybą wyświetlacz tak zwanego „panoramicznego iDrive” również jest bardzo czytelny i pozwala sprawdzić wiele przydatnych informacji nie tylko kierowcy, ale i wszystkim w kabinie.

Panoramiczny iDrive w BMW M350 xDrive (2026)

Panoramiczny iDrive w BMW M350 xDrive (2026)

Ekran centralny w BMW M350 xDrive (2026)

Ekran centralny w BMW M350 xDrive (2026)
Słowem: ergonomiczny majstersztyk, co nie jest przypadkiem, bo prace nad tym nowym projektem deski rozdzielczej wprowadzanym teraz do wszystkich modeli BMW zajęły kilka lat i objęły badanie zachowań i potrzeb kilku tysięcy kierowców aut tej marki.
Opis ten obejmuje również projekt kierownicy, która dobrze leży w dłoniach i wyprofilowana jest w sposób, który sprawdzi się przy dynamicznej jeździe. A ta nieuchronnie szybko się taka staje. M350 to jeszcze nie pełnotłuste M3 – które ukaże się na początku przyszłego roku – ale jest to już konstrukcja bliższa mu niż kiedykolwiek wcześniej.

Teraz wyposażona jest już w znaną z niego funkcję driftu oraz wzbudzające jak widać zbyt wielkie pożądanie, by trzymać je tylko dla tak wąskiego grona odbiorców, żółte światła mijania z przodu (przechodzą na ten kolor tylko po zmierzchu).
Moc 449 KM i sprint do 100 km/h w 4,1 s to już wyniki praktycznie identyczne z M3 zaledwie jedną generację do tyłu (F80). Ktoś może powiedzieć, że dzisiaj te liczby nie mają już większego znaczenia – i to prawda, ale M350 ma też w sobie zaskakująco dużo charakteru!

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Po uruchomieniu rzędowej szóstki ta budzi się do życia nawet i tak dość głośno jak na dzisiejsze normy, ale przede wszystkim rozwija rasową ścieżkę dźwiękową. Nie jest to sztuczny efekt z głośników: z zewnątrz również słychać te wszystkie świsty dolotu, zaworów upustowych turbo i basowe eksplozje niespalonego paliwa w układzie wydechowym po zmianie biegów, które pozwalają nowej serii 3 przejść egzamin na Prawdziwe BMW Starej Szkoły.
Skoro seria 3 jeszcze utyła i nawet benzynowe M350 waży już ponad 1,9 tony, to siłą rzeczy nie będzie to zabawka to zamiatania tyłem jak E30. Ale wbrew liczbom, temu wyglądowi i w ogóle temu wszystkiemu, co się dzieje obecnie z motoryzacją, nowa seria 3 daje naprawdę dużo radochy z prowadzenia – i to takiej radochy w duchu BMW – nie tylko na prostych, ale i na zakrętach.
Może to kwestia sukcesu elektrycznego i3? Tak to sobie tłumaczę: podczas gdy już uwaga klientów i unijnych komisarzy oraz rzeczywista sprzedaż w tak dużej mierze przeniosła się na bezszelestnego elektryka, benzynowa seria 3 mogła sobie pozwolić na bardziej analogowy charakter i powrót do tych korzeni marki, do których metaforycznie odnosi się już sam wygląd (i nazwa) Neue Klasse.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Ceny nowej generacji BMW serii 3 oraz i3 prezentują się następująco:
| Wersja BMW | Układ napędowy | Moc | Cena od |
| 318 | Benzyna 2.0 R4, miękka hybryda, napęd tylny | 156 KM | 205 000 zł |
| 320 | Benzyna 2.0 R4, miękka hybryda, napęd tylny | 211 KM | 225 000 zł |
| i3 40 xDrive | Elektryczny, napęd obu osi | 374 KM | 262 500 zł |
| i3 50 xDrive | Elektryczny, napęd obu osi | 469 KM | 290 000 zł |
| M350 xDrive | Benzyna 3.0 R6, miękka hybryda, napęd obu osi | 443 KM | 350 000 zł |
Dużo to czy mało? By odpowiedzieć na to pytanie, zestawmy ceny nowej generacji BMW serii 3 ze schodzącym z rynku poprzednikiem w tych wersjach, które da się bezpośrednio porównać:
| BMW serii 3 G20 | Dotychczasowa cena | BMW serii 3 G50 | Nowa cena | Różnica |
| 318i | 195 000 zł | 318 | 205 000 zł | +10 000 zł |
| M340i xDrive | 330 000 zł | M350 xDrive | 350 000 zł | +20 000 zł |
Jest więc trochę drożej, ale oceniamy to jako uczciwą ofertę wobec progresu, jaki zaszedł w tej konstrukcji oraz wprowadzonego przez nową generację wyposażenia – dopłaty nie wymaga m.in. dostęp bezkluczykowy, elektryczną regulację foteli z pamięcią, ogrzewanie przednich siedzeń oraz Driving Assistant Plus.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Jeszcze precyzyjniejszą ocenę daje porównanie cen BMW serii 3 w podstawowych wersjach benzynowych z bezpośrednimi rywalami spod znaków Audi i Mercedesa:
| Model | Moc | Cena od |
| Audi A5 Limousine TFSI S tronic | 150 KM | 195 100 zł |
| Mercedes C 200 | 177 KM | 199 900 zł |
| BMW 318 | 156 KM | 205 000 zł |
| Audi A5 Limousine TFSI S tronic | 204 KM | 220 700 zł |
| Mercedes C 250 | 218 KM | 222 900 zł |
| BMW 320 | 211 KM | 225 000 zł |
Tutaj znów nowy model BMW przesuwa granicę bólu jeszcze trochę dalej, ale o najmniejszą z możliwych różnic.
W przypadku BMW i3, wobec oczekiwania na debiut Audi A5 e-trona możemy je zestawić tylko z nowym Mercedesem klasy C z technologią EQ. Zestawienie to wypada następująco:
| Model | Moc | Zasięg | Cena od |
| BMW i3 40 xDrive | 374 KM | 710 km | 262 500 zł |
| Mercedes C 300 4MATIC EQ | 421 KM | 690 km | 276 900 zł |
| BMW i3 50 xDrive | 469 KM | 912 km | 290 000 zł |
| Mercedes C 400 4MATIC EQ | 489 KM | 762 km | 299 900 zł |
Cena elektrycznego Mercedesa jest trochę wyższa, ale i możliwości jego układu napędowego trochę większe. Modele te grają oczywiście w całkiem innej lidze cenowej niż pozostająca uniwersalnym punktem odniesienia Tesla Model 3, której cennik zawiera się w obrębie 174 990 zł – 244 900 zł.
Nasza ocena
Plusy
Minusy
W nowej odsłonie pojedynku BMW z Audi i Mercedesem zapowiada się na to, że Seria 3 obroni tytuł lidera segmentu. Przy obecnym udziale diesli również na polskim rynku ich brak w ofercie będzie stanowił coraz mniejszy problem. Co więcej, w obiektywnych kategoriach to już i3 może być dzisiaj optymalnym wyborem przy większej liczbie scenariuszy niż można się spodziewać: elektryczne warianty oferują korzystniejszy stosunek osiągów do ceny, a przy ich parametrach zasięgu i ładowania jazda nimi nawet na znaczących dystansach wydaje się jak najbardziej możliwa również w naszych warunkach (a przy obecnych cenach paliw – również tańsza). Ze względu na niżej zlokalizowany środek ciężkości zdefiniowany przez akumulator i równomierniej rozłożoną masę subiektywnie elektryk jest nawet bardziej neutralny, poprawniejszy w prowadzeniu. A jednak mnie najbardziej cieszy debiut nowego M350, które swoim autentycznym charakterem i dźwiękiem rzędowej szóstki generowanym przez mechanikę, a nie głośniki systemu audio, przywraca wiarę w ten model i w całe BMW. Nowa generacja serii 3 to na wskroś kompetentne auto, które przyniosło temu popularnemu sedanowi znaczący progres na prawie każdym polu, ale jednocześnie cofnęło się w czasie do okresu, gdy po prostu się nim emocjonowało. Neue Klasse działa – Monachium strzeliło w dziesiątkę.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
| BMW M350 xDrive (2027) – dane techniczne | |
|---|---|
| Napęd | |
| Silnik | Benzynowy typoszeregu B58, turbodoładowany, sześciocylindrowy, rzędowy, BMW TwinPower Turbo |
| Pojemność skokowa | 2998 cm³ |
| Układ hybrydowy | Mild hybrid 48 V |
| Maksymalna moc układu | 443 KM (326 kW) |
| Maksymalny moment obrotowy układu | 580 Nm |
| Moc silnika spalinowego | 426 KM (313 kW) przy 5600–6500 obr./min |
| Moment obrotowy silnika spalinowego | 540 Nm przy 1980–5400 obr./min |
| Moc silnika elektrycznego | 18 KM (13 kW) |
| Moment obrotowy silnika elektrycznego | 200 Nm |
| Napędzane osie | Obie osie, BMW xDrive |
| Skrzynia biegów | 8-stopniowa automatyczna Steptronic |
| Akumulator i paliwo | |
| Pojemność akumulatora układu mild hybrid | 0,9 kWh |
| Napięcie układu mild hybrid | 48 V |
| Ładowanie z zewnętrznego źródła | Nie dotyczy |
| Pojemność zbiornika paliwa | 59 l |
| Osiągi i zużycie paliwa | |
| Przyspieszenie 0–100 km/h | 4,1 s |
| Prędkość maksymalna | 250 km/h, ograniczona elektronicznie |
| Zużycie paliwa według WLTP | 7,5–8,2 l/100 km |
| Emisja CO2 według WLTP | 171–186 g/km |
| Masy i wymiary | |
| Długość | 4765 mm |
| Szerokość bez lusterek | 1850 mm |
| Szerokość z lusterkami | 2055 mm |
| Wysokość | 1455 mm |
| Rozstaw osi | 2860 mm |
| Masa własna według normy UE | 1935 kg, z kierowcą o masie 75 kg |
| Dopuszczalna masa całkowita | 2420 kg |
| Dopuszczalne obciążenie dachu | 75 kg |
| Masa przyczepy z hamulcem | Do 1800 kg, zależnie od wyposażenia |
| Dopuszczalne obciążenie pionowe haka | 75 kg |
| Pojemność bagażnika | 450 l |
| Ceny | |
| Cena od | 350 000 zł |
| Pozostałe | |
| Zawieszenie | Adaptacyjne zawieszenie M w wyposażeniu standardowym |
| Kraj produkcji | Niemcy (Dingolfing) |
Źrdło: https://v10.pl/ | 5.11.2026 22:09
Jeśli czytacie o premierze nowego europejskiego samochodu, to pewnie spodziewacie się elektrycznego napędu. I macie rację: nowa, ósma już generacja serii 3 – niezmiennie kluczowego modelu w gamie BMW – wystąpi w kilku wersjach na prąd, ale nie dostanie diesla. Zachowa jednak kilka silników benzynowych, z których jeden przywrócił moją wiarę w cały niemiecki przemysł motoryzacyjny.
Należę do pokolenia, które wychowywało się w prostych czasach: dla nas gama modeli BMW oznaczała po prostu serie 3, 5 i 7 oraz jakiś jeden model sportowy w ramach „szaleństwa” projektantów. Z tym większym uznaniem obserwuję, jak dziś to właśnie ta sama seria 3 pozostaje numerem 1 sprzedaży w gamie, która w międzyczasie rozrosła się już oficjalnie do ponad 40 pozycji.
Obchodząca w zeszłym roku pięćdziesięciolecie seria 3 to filar sukcesu i całego istnienia BMW również w Polsce. Jej sukces wykracza daleko poza samą markę: zwróćcie uwagę, że to właśnie ten model (z wydatną pomocą liczącego raty leasingowe działu finansowego) nieomal w pojedynkę doprowadził do wymarcia Volkswagena Passata, Opla Insiginii, Forda Mondeo i im podobnych – i zaprowadził BMW na sensacyjne czwarte miejsce w klasyfikacji najlepiej sprzedających się marek w Polsce. Niemiecki gigant premium ustępuje tylko Toyocie, Volkswagenowi i Skodzie, ale za to znajduje już więcej nabywców niż Kia, Mercedes, Audi, Hyundai czy Dacia.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Tym większe zaskoczenie może stanowić więc fakt, jak bardzo odważna i zrywająca z tym, do czego przyzwyczbmaiły nas ostatnie generacje pokroju F20 i G20, jest nowa seria 3. To już kolejny po iX3, nowym X5 i serii 7 LCI model, który zyskał całkowitą metamorfozę zgodną z zasadami Neue Klasse. Do końca 2027 r. podobny wygląd zewnętrzny oraz rewolucyjną aranżację wnętrza zyskają już praktycznie wszystkie modele BMW… Lepiej więc, żeby to były dobre zmiany.
Jak widać po wprowadzanym już od ponad roku planie, Neue Klasse nie dotyczy wyłącznie modeli elektrycznych. Pierwotnie może tak nawet miało być, ale w Monachium ktoś w porę się zorientował, że nie ma co stawiać wszystkiego na elektryki i zarzucać rozwoju wersji napędowych, które rzeczywiście się sprzedają.

BMW i3 50 (2026) oraz BMW M350 (2026) – porównanie wersji elektrycznej i spalinowej

BMW i3 50 (2026) oraz BMW M350 (2026) – porównanie wersji elektrycznej i spalinowej
Jeden to spalinowe 3, które stanowi naturalną kontynuację tego, co znamy już od przeszło pół wieku. Jego stosowane w murach fabryki wewnętrzne określenie G50 oraz rozstaw osi 2860 mm zdradzają, że jest to ewolucja dobrze już znanej i sprawdzonej poprzedniej generacji modelu.
Drugi to elektryczne i3, które jest całkowicie nową, zbudowaną od podstaw oddzielną konstrukcją o typoszeregu NA0, z którą nie wymienisz prawie żadnej części ze spalinowym odpowiednikiem. Nawet nadwozia: dopiero, gdy się przyjrzeć na żywo, to widać, że spalinowa i elektryczna 3 różnią się wymiarami i proporcjami nadwozia. Dotyczy to także kół: w wersji spalinowej dostępne będą wzory obręczy o średnicy od 18 do 20 cali, a dla i3 od 19 do 21 cali.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Pełne różnice w wymiarach pomiędzy nową serią 3, elektrycznym i3 a poprzednikiem przedstawiają się następująco:
| Wymiar | Nowa seria 3 spalinowa G50 | Nowe elektryczne i3 NA0 | Schodząca seria 3 G20 |
|---|---|---|---|
| Długość | 4765 | 4760 | 4713 |
| Szerokość bez lusterek | 1850 | 1865 | 1827 |
| Wysokość | 1455 | 1480 | 1440 |
| Rozstaw osi | 2860 | 2897 | 2851 |
| Rozstaw kół z przodu | 1597 | 1606 | 1573 |
| Rozstaw kół z tyłu | 1617 | 1614 | 1588 |
Z matematyki niechybnie wynika, że i3 ma trochę więcej miejsca w środku, niemniej BMW 3 niezmiennie jest sedanem, który można wybrać za wiele rzeczy, ale przestronność kabiny nie jest jedną z nich. Pod tym względem ani nie rozczarowuje, ani nie zachwyca. Bagażnik też po prostu jest: ze względu na konieczność pomieszczenia gdzieś wszystkich ogniw akumulatora w elektryku on jest trochę mniejszy (420 l kontra 450 l w wersji spalinowej), ale strata ta jest nadrabiania przez dający dokładnie tyle samo miejsca schowek na kable pod maską.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Powyższe liczby dowodzą również, że nowa benzynowa seria 3 nie jest po prostu liftingiem poprzednika. Towarzyszący mi podczas testu inżynierzy z Monachium przestrzegają mnie przed takim myśleniem, wskazując na nową architekturę elektroniczną sięgającą multimediów i komputerowo sterowanego modelu prowadzenia, czy w końcu gamę nowych jednostek benzynowych.
Już na start mamy takie trzy. Dwie pierwsze dalej celują również w polskie floty i policyjną grupę Speed: są to bazujące na czterocylindrowym 2 l zwyczajnie zapowiadające się 318 i 320 o mocach kolejno 156 i 211 KM. Na końcu ich oznaczeń nie ma już literki „i” – nie trzeba ich już wszak odróżniać od diesli, bo tych… nie ma! Producent będzie zapewne przekonywał, że przy tej wydajności napędów benzynowych już ich nie potrzeba: dzięki wykorzystaniu systemu miękkiej hybrydy 48V oraz (skądinąd zaskakującego mnie) przejścia z tradycyjnego cyklu spalania mieszanki Otto na cykl Millera średnie zużycie w obydwu przypadkach ma obracać się w okolicach 6,5 – 7,5 l/100 km.

Ostatni wariant to M350 xDrive. Choć to również oficjalnie hybryda o cyklu spalania, który do tej pory kojarzyliśmy co najwyżej ze starych Mazd i małych modeli Grupy VW, to już po pierwszych metrach za kierownicą staje się jasne, że w pierwszej kolejności jest to trzylitrowa, rzędowa szóstka o typowo bawarskim charakterze. Dzięki wsparciu elektrycznej części napędu i nowym wkładom do turbosprężarek twin-scroll generuje ona aż o 69 KM więcej niż dotychczas – na cztery koła przekazuje łącznie 449 KM i 580 Nm.
Co ciekawe, ma teraz bliskiego rywala w postaci BMW i3 50 xDrive. Pod tą nazwą kryje się wariant elektryczny, który przy znacząco niższej cenie oferuje jeszcze wyższą moc (469 KM). Ze względu na naturalnie większą wagę jest nieco wolniejszy w sprincie do 100 km/h (4,7 s, czyli o 0,6 s), ale, co ciekawe, ten jeden raz w historii to właśnie elektryk dysponuje większym zasięgiem niż wersja spalinowa – nawet do 912 km za sprawą dużego akumulatora 108,7 kWh i świetnej ekonomiki (zużycie 13,4 – 18 kWh/100 km).
Jest też niżej pozycjonowana wersja i3 40 xDrive z mocą skręconą do 374 KM i zasięgiem 565 – 710 km. Nawet jeśli przy autostradowych przejazdach w środku zimy miałoby się to skurczyć do 400 km (a przecież zostaje ogromna moc ładowania do 300 kW, z której można korzystać już w wielu miejscach w Polsce), to może właśnie w tej wersji tak naprawdę już można szukać zastępstwa za 320d, którego tak nam będzie brakowało?

Wiem, że wiele z tego co czytacie w tym tekście może wydawać się dziwne i rewolucyjny wygląd nowej serii 3 też nie pomaga – nowe BMW wyglądają jak kolejny element tej zmieniającej się wokół nas rzeczywistości, która jest coraz trudniejsza do dogonienia i zrozumienia.
Ale muszę Was pocieszyć, że – przynajmniej w przypadku BMW – te innowacje działają. Egzemplarz M350, do którego dostałem kluczyki, tym głębokim, czerwonym lakierze i południowym świetle Prowansji, miał coś w sobie z Alfy Romeo Giulii. To taki bardzo zamaskowany sposób przyznania się, że mi się podobał. Tył może trochę mniej, ale ogólnie – to kawał solidnego designu.

Jeszcze bardziej można docenić go w środku. Wprowadzona po raz pierwszy w iX3 aranżacja deski rozdzielczej Neue Klasse w pierwszym kontakcie wymaga przyzwyczajenia, ale działa genialnie.
Kopnięty w stronę kierowcy ekrany centralny (taki „hołd” dla nieodżałowanego E46) o przekątnej aż 17,9 cali jest ustawiony w optymalnym dla prawej ręki miejscu, oferuje dostęp do mnóstwa opcji we (względnie) prosty sposób i działa praktycznie bez żadnego czasu reakcji. Rozciągający się tymczasem pod szybą wyświetlacz tak zwanego „panoramicznego iDrive” również jest bardzo czytelny i pozwala sprawdzić wiele przydatnych informacji nie tylko kierowcy, ale i wszystkim w kabinie.

Panoramiczny iDrive w BMW M350 xDrive (2026)

Panoramiczny iDrive w BMW M350 xDrive (2026)

Ekran centralny w BMW M350 xDrive (2026)

Ekran centralny w BMW M350 xDrive (2026)
Słowem: ergonomiczny majstersztyk, co nie jest przypadkiem, bo prace nad tym nowym projektem deski rozdzielczej wprowadzanym teraz do wszystkich modeli BMW zajęły kilka lat i objęły badanie zachowań i potrzeb kilku tysięcy kierowców aut tej marki.
Opis ten obejmuje również projekt kierownicy, która dobrze leży w dłoniach i wyprofilowana jest w sposób, który sprawdzi się przy dynamicznej jeździe. A ta nieuchronnie szybko się taka staje. M350 to jeszcze nie pełnotłuste M3 – które ukaże się na początku przyszłego roku – ale jest to już konstrukcja bliższa mu niż kiedykolwiek wcześniej.

Teraz wyposażona jest już w znaną z niego funkcję driftu oraz wzbudzające jak widać zbyt wielkie pożądanie, by trzymać je tylko dla tak wąskiego grona odbiorców, żółte światła mijania z przodu (przechodzą na ten kolor tylko po zmierzchu).
Moc 449 KM i sprint do 100 km/h w 4,1 s to już wyniki praktycznie identyczne z M3 zaledwie jedną generację do tyłu (F80). Ktoś może powiedzieć, że dzisiaj te liczby nie mają już większego znaczenia – i to prawda, ale M350 ma też w sobie zaskakująco dużo charakteru!

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Po uruchomieniu rzędowej szóstki ta budzi się do życia nawet i tak dość głośno jak na dzisiejsze normy, ale przede wszystkim rozwija rasową ścieżkę dźwiękową. Nie jest to sztuczny efekt z głośników: z zewnątrz również słychać te wszystkie świsty dolotu, zaworów upustowych turbo i basowe eksplozje niespalonego paliwa w układzie wydechowym po zmianie biegów, które pozwalają nowej serii 3 przejść egzamin na Prawdziwe BMW Starej Szkoły.
Skoro seria 3 jeszcze utyła i nawet benzynowe M350 waży już ponad 1,9 tony, to siłą rzeczy nie będzie to zabawka to zamiatania tyłem jak E30. Ale wbrew liczbom, temu wyglądowi i w ogóle temu wszystkiemu, co się dzieje obecnie z motoryzacją, nowa seria 3 daje naprawdę dużo radochy z prowadzenia – i to takiej radochy w duchu BMW – nie tylko na prostych, ale i na zakrętach.
Może to kwestia sukcesu elektrycznego i3? Tak to sobie tłumaczę: podczas gdy już uwaga klientów i unijnych komisarzy oraz rzeczywista sprzedaż w tak dużej mierze przeniosła się na bezszelestnego elektryka, benzynowa seria 3 mogła sobie pozwolić na bardziej analogowy charakter i powrót do tych korzeni marki, do których metaforycznie odnosi się już sam wygląd (i nazwa) Neue Klasse.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Ceny nowej generacji BMW serii 3 oraz i3 prezentują się następująco:
| Wersja BMW | Układ napędowy | Moc | Cena od |
| 318 | Benzyna 2.0 R4, miękka hybryda, napęd tylny | 156 KM | 205 000 zł |
| 320 | Benzyna 2.0 R4, miękka hybryda, napęd tylny | 211 KM | 225 000 zł |
| i3 40 xDrive | Elektryczny, napęd obu osi | 374 KM | 262 500 zł |
| i3 50 xDrive | Elektryczny, napęd obu osi | 469 KM | 290 000 zł |
| M350 xDrive | Benzyna 3.0 R6, miękka hybryda, napęd obu osi | 443 KM | 350 000 zł |
Dużo to czy mało? By odpowiedzieć na to pytanie, zestawmy ceny nowej generacji BMW serii 3 ze schodzącym z rynku poprzednikiem w tych wersjach, które da się bezpośrednio porównać:
| BMW serii 3 G20 | Dotychczasowa cena | BMW serii 3 G50 | Nowa cena | Różnica |
| 318i | 195 000 zł | 318 | 205 000 zł | +10 000 zł |
| M340i xDrive | 330 000 zł | M350 xDrive | 350 000 zł | +20 000 zł |
Jest więc trochę drożej, ale oceniamy to jako uczciwą ofertę wobec progresu, jaki zaszedł w tej konstrukcji oraz wprowadzonego przez nową generację wyposażenia – dopłaty nie wymaga m.in. dostęp bezkluczykowy, elektryczną regulację foteli z pamięcią, ogrzewanie przednich siedzeń oraz Driving Assistant Plus.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
Jeszcze precyzyjniejszą ocenę daje porównanie cen BMW serii 3 w podstawowych wersjach benzynowych z bezpośrednimi rywalami spod znaków Audi i Mercedesa:
| Model | Moc | Cena od |
| Audi A5 Limousine TFSI S tronic | 150 KM | 195 100 zł |
| Mercedes C 200 | 177 KM | 199 900 zł |
| BMW 318 | 156 KM | 205 000 zł |
| Audi A5 Limousine TFSI S tronic | 204 KM | 220 700 zł |
| Mercedes C 250 | 218 KM | 222 900 zł |
| BMW 320 | 211 KM | 225 000 zł |
Tutaj znów nowy model BMW przesuwa granicę bólu jeszcze trochę dalej, ale o najmniejszą z możliwych różnic.
W przypadku BMW i3, wobec oczekiwania na debiut Audi A5 e-trona możemy je zestawić tylko z nowym Mercedesem klasy C z technologią EQ. Zestawienie to wypada następująco:
| Model | Moc | Zasięg | Cena od |
| BMW i3 40 xDrive | 374 KM | 710 km | 262 500 zł |
| Mercedes C 300 4MATIC EQ | 421 KM | 690 km | 276 900 zł |
| BMW i3 50 xDrive | 469 KM | 912 km | 290 000 zł |
| Mercedes C 400 4MATIC EQ | 489 KM | 762 km | 299 900 zł |
Cena elektrycznego Mercedesa jest trochę wyższa, ale i możliwości jego układu napędowego trochę większe. Modele te grają oczywiście w całkiem innej lidze cenowej niż pozostająca uniwersalnym punktem odniesienia Tesla Model 3, której cennik zawiera się w obrębie 174 990 zł – 244 900 zł.
Nasza ocena
Plusy
Minusy
W nowej odsłonie pojedynku BMW z Audi i Mercedesem zapowiada się na to, że Seria 3 obroni tytuł lidera segmentu. Przy obecnym udziale diesli również na polskim rynku ich brak w ofercie będzie stanowił coraz mniejszy problem. Co więcej, w obiektywnych kategoriach to już i3 może być dzisiaj optymalnym wyborem przy większej liczbie scenariuszy niż można się spodziewać: elektryczne warianty oferują korzystniejszy stosunek osiągów do ceny, a przy ich parametrach zasięgu i ładowania jazda nimi nawet na znaczących dystansach wydaje się jak najbardziej możliwa również w naszych warunkach (a przy obecnych cenach paliw – również tańsza). Ze względu na niżej zlokalizowany środek ciężkości zdefiniowany przez akumulator i równomierniej rozłożoną masę subiektywnie elektryk jest nawet bardziej neutralny, poprawniejszy w prowadzeniu. A jednak mnie najbardziej cieszy debiut nowego M350, które swoim autentycznym charakterem i dźwiękiem rzędowej szóstki generowanym przez mechanikę, a nie głośniki systemu audio, przywraca wiarę w ten model i w całe BMW. Nowa generacja serii 3 to na wskroś kompetentne auto, które przyniosło temu popularnemu sedanowi znaczący progres na prawie każdym polu, ale jednocześnie cofnęło się w czasie do okresu, gdy po prostu się nim emocjonowało. Neue Klasse działa – Monachium strzeliło w dziesiątkę.

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)

BMW M350 xDrive (2026)
| BMW M350 xDrive (2027) – dane techniczne | |
|---|---|
| Napęd | |
| Silnik | Benzynowy typoszeregu B58, turbodoładowany, sześciocylindrowy, rzędowy, BMW TwinPower Turbo |
| Pojemność skokowa | 2998 cm³ |
| Układ hybrydowy | Mild hybrid 48 V |
| Maksymalna moc układu | 443 KM (326 kW) |
| Maksymalny moment obrotowy układu | 580 Nm |
| Moc silnika spalinowego | 426 KM (313 kW) przy 5600–6500 obr./min |
| Moment obrotowy silnika spalinowego | 540 Nm przy 1980–5400 obr./min |
| Moc silnika elektrycznego | 18 KM (13 kW) |
| Moment obrotowy silnika elektrycznego | 200 Nm |
| Napędzane osie | Obie osie, BMW xDrive |
| Skrzynia biegów | 8-stopniowa automatyczna Steptronic |
| Akumulator i paliwo | |
| Pojemność akumulatora układu mild hybrid | 0,9 kWh |
| Napięcie układu mild hybrid | 48 V |
| Ładowanie z zewnętrznego źródła | Nie dotyczy |
| Pojemność zbiornika paliwa | 59 l |
| Osiągi i zużycie paliwa | |
| Przyspieszenie 0–100 km/h | 4,1 s |
| Prędkość maksymalna | 250 km/h, ograniczona elektronicznie |
| Zużycie paliwa według WLTP | 7,5–8,2 l/100 km |
| Emisja CO2 według WLTP | 171–186 g/km |
| Masy i wymiary | |
| Długość | 4765 mm |
| Szerokość bez lusterek | 1850 mm |
| Szerokość z lusterkami | 2055 mm |
| Wysokość | 1455 mm |
| Rozstaw osi | 2860 mm |
| Masa własna według normy UE | 1935 kg, z kierowcą o masie 75 kg |
| Dopuszczalna masa całkowita | 2420 kg |
| Dopuszczalne obciążenie dachu | 75 kg |
| Masa przyczepy z hamulcem | Do 1800 kg, zależnie od wyposażenia |
| Dopuszczalne obciążenie pionowe haka | 75 kg |
| Pojemność bagażnika | 450 l |
| Ceny | |
| Cena od | 350 000 zł |
| Pozostałe | |
| Zawieszenie | Adaptacyjne zawieszenie M w wyposażeniu standardowym |
| Kraj produkcji | Niemcy (Dingolfing) |
Źrdło: https://v10.pl/ | 5.11.2026 22:09
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22
klimatyzacja samochodowa w Łodzi